piątek, 9 sierpnia 2019

popierdolona


No... od jakiegoś czasu jestem już zdiagnozowanym popierdoleńcem. Od zawsze wiedziałam, że z banią mam coś nie tak, po prostu podejrzewałam dużo różnych rzeczy, a tej nie. 

Już od kilku miesięcy biorę leki i od niedawna zaczynam funkcjonować jak człowiek, ale może zacznę od początku.


Urodziłam się pewnej zimnej, jesiennej nocy... No dobra, może nie od początku. 

Będąc w ciąży z synem kazano mi leżeć, przez kilka miesięcy. W tym czasie musiałam zajmować się roczną córką, a bez chodzenia i dźwigania to nie lada zadanie. Spacery nie wchodziły w grę, za to książki miałyśmy wszystkie przeczytane. Leżenie z nogami do góry nie wychodziło mi zbyt dobrze, bo ile można leżeć jak jest tyle roboty w domu. 

Na szczęście ciążę donosiłam, pojechałam rodzić i... miałam pierwszy chyba atak paniki. Teraz myślę, że to może dlatego, że cesarka mnie przerażała bardziej niż cokolwiek innego, nawet nie tyle sam zabieg co dochodzenie do siebie po nim. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że to atak paniki, myślałam, że źle się czuję po prostu, może jestem chora, może to ta pieprzona ciąża i hormony?


Gdy wróciłam do domu, niby było ok. Po ok 2 tyg wyszłam na pierwszy krótki spacer z dziećmi i było ok. Później spacery były coraz dłuższe i dłuższe, nawet kilkukilometrowe. Aż pewnego dnia, coś nie pykło. Wyszłam na spacer i zrobiło mi się słabo. Wystraszyłam się, że zasłabnę na ulicy i dzieci zostaną same, bez opieki. Zaczęłam chodzić na spacery bliżej domu, z telefonem w ręce, bo "jakby coś" to będę mogła do kogoś zadzwonić. Wyjście do sklepu, apteki, piekarni, znajomych, w końcu nawet przejażdżka autem czy odwiedziny przyjaciółki stały się dla mnie zbyt dużym stresem i wyzwaniem. Stwierdziłam, że chyba czas na psychiatrę, ale... przecież do niego nie pojadę, bo jak skoro nie mogę wyjść z domu bez ataku paniki. To może zaproszę go do siebie? Tylko co to będzie za wizyta jak ja nie będę w stanie myśleć trzeźwo, a może nawet wyjść z łazienki.


Kilka miesięcy później, próbując dzień po dniu się przełamać, wychodzić na coraz dalsze spacery, wchodząc do apteki, piekarni, stawać w kolejkach i wsiadać do auta nawet jeśli miałam jechać tylko do babci kilka przecznic dalej... miałam jechać na komunię kuzynki. Wtedy myślałam już, że jest lepiej, bo byłam nawet u kosmetyczki (gdzie po ok 90 min dostałam ataku paniki, ale kto zapisuje do kosmetyczki na 2 godzinny zabieg z dotykaniem, gdzie trzeba leżeć i się relaksować, kogoś z atakami paniki w sytuacjach "bez wyjścia" jak np. stanie w kolejce przy kasie, albo co gorsza w korku na 3 samochody? A zaraz po tym umawia do fryzjera? No jak to kto. Moja mama.) i fryzjerki (na szczęście znam ją od ponad 12 lat i jak się okazało miała podobne akcje, więc pomogła mi się uspokoić i "kazała" iść do psychiatry, po leki, bo "bez sensu się męczyć"). 

Widzę, że dziś jest dygresja na dygresji... No cóż. Dopiszę to do listy moich objawów. :p



Na czym to ja... a! Jadę na komunię, względnie pewna, że sobie poradzę, bo przecież nikt mnie nie będzie dotykał, dzieci jadą innym autem (dzieci w aucie to dodatkowy stresor, bo córka ma chorobę lokomocyjną, poza tym każdy jęk odbieram jako alarm) i w każdej chwili mogę wyjść, a nawet wrócić do domu.
Wsiadłam z ojcem do auta, z przodu (to zawsze pomaga), ruszyliśmy. Nie dojechaliśmy do kolejnej przecznicy, a ja... chciałam "uciec" z auta. Wysiąść, wrócić do domu na piechotę i już nigdzie nie wychodzić. Mój ojciec złapał mnie ręką i powiedział stanowczo: "Siedź. Nigdzie nie idziesz." Kilka przecznic dalej już było lepiej. Miałam najgorszy atak paniki dotychczas i... nic się nie stało. Nie zemdlałam, nie umarłam, nie zwymiotowałam... Zanim wysiedliśmy z auta moje ciało było już tak zmęczone dużą dawką hormonów i stresu, że do wieczora ataków praktycznie nie miałam.


No ok, zapomniałam wspomnieć, że te swoje wyjścia, to nie do końca "na trzeźwo", bo miałam swoją miksturę od rodzinnego, na uspokojenie. Jak widać pomagała tylko nieznacznie.

Po tej wyprawie (bo dla mnie to było tak męczące, jak wyprawa) dotarło do mnie to co dobrze wiedziałam. Te ataki są tylko we mnie i w pewnym sensie są samoograniczające się. Kilka minut i najgorsze za mną. 
Jakiś czas później umówiłam się w końcu do psychiatry i mógł zdiagnozować u mnie nerwicę.


Nie opisuję tu wszystkich objawów jakie miałam, ani wszystkich sytuacji czy ataków, bo to nie o to chodzi. Opisuję to, żeby sobie to poukładać w głowie, żeby przed samą sobą przyznać się, że nie jestem wszechmocna, ale też pokazać sobie i przypomnieć, że jestem silniejsza niż czasami mi się wydaje i że dam radę. 


Nie chcę też, by ktoś czytając to sam się zdiagnozował w domu, czy olewał swoje objawy. Nie. Zachęcam natomiast do pójścia do psychiatry, bo to żaden wstyd. Od kilku miesięcy biorę leki przeciwdepresyjne w małych dawkach, a różnica jest ogromna. Teraz zbieram się żeby jeszcze pójść do psychoterapeuty, żeby dowiedzieć się "why?".


Wychodzę z domu, chodzę na zakupy, jeżdżę autem, odwiedzają mnie znajomi, byłam z dziećmi na wakacjach, poszłam na wesele (tam akurat nie czułam się "beztrosko", ale poszłam, zatańczyłam, napiłam się i dałam radę - więc jestem z siebie bardzo zadowolona). Mam lepsze dni, gdzie jestem "normalna" i gorsze, gdy nie mam siły, mam mini atak czy po prostu stan przed atakiem, ale coraz lepiej sobie z tym wszystkim radzę.
Wpadłam też na fajne filmiki z autohipnozy, które chętnie podrzucę, jeśli ktoś potrzebuje. Są naprawdę uspokajające.


Dlaczego piszę o tym akurat dziś? 
Na fb przeczytałam jakąś starą wiadomość od kogoś, kto napisał mi życzenia urodzinowe: 
"have that breakthrough it always seems you're destined to have", 
których tak bardzo nie rozumiem.
Może chodziło właśnie o to żebym dowiedziała się jak bardzo popierdolona jestem? 
Jeśli to nie to i nie chodzi o Nobla z literatury to naprawdę nie wiem o co chodzi.


Koniec zwierzeń. Li is out.

poniedziałek, 29 lipca 2019

heheka

34 stopnie, wilgotno, nadciąga burza. Ciemne chmury ciężko wiszą od wschodu, coraz bliżej słychać grzmoty. Kleo słania się ze zmęczenia lecz nie chce położyć się spać. Leoś chwilę spał, ale siostra go obudziła więc też jest jęczącą bułą.
Jedyny ratunek przyniosłaby im drzemka, a wiadomo, jak drzemka to tylko na spacerze.
Li pakuje ekipę do wózka, Kleo odmawia wejścia do wózka, ona będzie szła 'hama'.

- Heheka!
- Soku? Nie, mam dla ciebie wodę.
- Nie! Heheka!
- Yyyy... sukienka?
- Tak! Heheka. Dej mnie!
- Nie. Jest bardzo gorąco.
- Nie, zimno mi. Heheka.
- Nie musisz kłamać. Powiedz, że nie chcesz być goła.
- Mamo, goła jestem. Dej heheka mnie.

Li idzie do domu po sukienkę dla Kleo, pot kapie jej z czoła. Li zakłada Kleo sukienkę, Kleo zadowolona, Li spłonęła żywcem.

Kurtyna.

niedziela, 28 lipca 2019

Dżin

Wczoraj. Półki zawisły wczoraj! Ja muszę uważać teraz czego sobie życzę, bo chyba mam jeszcze dwa życzenia, nie?
Skoro półki wiszą, to znaczy, że mąż mnie kocha. Dzieci mam jak dla mnie idealne. Czego by tu  jeszcze sobie życzyć? Może więcej czasu i samozaparcia?

Edit:
Chcę jeszcze napisać, że mąż mi nie tylko powiesił te półki, ale też dociął, ucząc się przy okazji matmy na jutubie xD, bo te szafki miały jakieś dziwne kąty i każda półka nie dość, że musiała być innego rozmiaru i docięta pod innym kątem, to jeszcze powieszenie ich prosto było wyzwaniem. Także sobota minęła mu na mierzeniu, docinaniu, mierzeniu, docinaniu, liczeniu, szlifowaniu, wierceniu i wkręcaniu...
Kolejny pozytyw jest taki, że w końcu mógł wypróbować swoje męskie zabawki, z których przecież korzysta "cały czas". 🤣
A ja dzięki temu mam w końcu kawałek blatu, żeby robić babskie rzeczy pod tytułem gotowanie. 

piątek, 26 lipca 2019

niezrównoważona

Dzień jak co tydzień, czyli u mnie w domu - sprzątanie. Nie, że każdy kąt, ale ogarnąć trzeba.
Pozbierałam zabawki, poduszki, koce, książki etc. etc. i poodkurzałam, przestawiając przy okazji milion rzeczy z prawa w lewo, w tym półeczki, które miałam dociąć u stolarza i... no i od dwóch lat je tak przestawiam z prawa w lewo przy sprzątaniu.
Jest upał! Straszny.
Dzieci zaczęły marudzić, a to oznacza: czas spać. Przebrałam, ubrałam, zrobiłam mleko i koktajl i wio! Na spacer, w ten upał. "Juppi!", że tak wykrzyknę.
Idziemy sobie jedną z naszych standardowych tras, i jak zwykle wał, zielska, chmurki, chyba jakiś pożar w oddali, bo dziwna, szara, kominowa chmura...  Czytam sobie nazwy ulic, numery domów, rejestracje, bo trochę nudno i jak zwykle wielkie litery w oknie jednego z zakładów:
S T O L A R N I A.
Chwila! STOLARNIA! PÓŁKA! Może dziś jest ten dzień kiedy dotnę półki!
No to pędem do domu, dwie przecznice dalej, biorę je i pędzę z powrotem, niesie mnie wiatr nadziei, że to dziś jest ten dzień, gdy w końcu się uda. Już wyobrażam sobie jak szczęśliwa mówię mężowi, żeby przykręcił, a on, że jasne, a po dwóch miesiącach pytam dlaczego nie przykręcił, a on, że przecież mu nie przypomniałam, więc mu mówię "to może teraz to zrób", a on, że teraz nie, bo musi się psychicznie przygotować i zastanowić, i w ogóle to mu dupę zawracam, a później ja się obrażę NA ŚMIERĆ, ale nic po sobie nie dam poznać, aż do następnej większej awantury i wtedy mu te półki wypomnę i on w końcu następnego dnia je powiesi, żeby pokazać, że mnie kocha.
Czyli wiadomo, standardowo trzeba powiesić półki rękami męża, jak w każdym polskim domu.
Chyba, że postanowię, że sama je powieszę i chwilę nawet nad tym rozmyślam, ale dochodzę do wniosku, że jednak bym wolała, żeby je powiesić jak już w końcu udało mi się je dociąć, szczególnie, że tyle na nie czekałam, niż wyrzucić.
Dochodzę do stolarni i słyszę: "żżżżżziuuuuum" - czyli normalne dźwięki stolaskie.
Zostawiam wózek z dziećmi na chodniku i zaglądam przez uchylone drzwi. Pukam, ale nic nie słychać, bo "żżżżżżziuuuuuum" dalej. W stolarniu stoi starszy pan stolarz i tnie jakieś drewno, a obok w słuchawkach stoi chłopiec, na oko 7-8 lat.
"Oooooo..." - myślę sobie - "jak słodko!"
Ponieważ "żżżżziuuum" na chwilę ustało to krzyczę przeszczęśliwa:
- "Dzień DOBRY!" z bananem na twarzy.
Pan stolarz na mnie patrzy z podejrzliwością na twarzy.
- "Dzień dobry?"
- " Czy dotnie mi pan te małe półeczki?" - pytam grzecznie.
- "Nie."
yyyy... wait what?
- "Ten zakład jest nieczynny od 7 lat. Teraz tylko z wnukami sobie tu tniemy. Tu niedaleko jest zakład stolarski na ulicy takiejatakiej."
- "Aha, rozumiem. Dziękuję bardzo, do widzenia."
No i wyszłam, a pan za mną szybko zamknął drzwi.
Jeszcze usłyszałam, jak wnuk go pyta dlaczego nie dociął mi tych półeczek.
No nic. Pójdę na ulicę takąataką chociaż byłam już tam kilka razy i zawsze, albo zamknięte. albo zamknięte. ALE DZIŚ JEST TEN DZIEŃ, więc na pewno mi się uda.
To idę. Humor jakby mniej radosny, dzieci zasnęły, więc mój czas wolności właśnie trwa, a ja zamiast odpocząć, czy coś zrobić, to biegam za półkami... no ale dziś się uda dociąć i to jest najważniejsze, a nie jakiś tam odpoczynek.
Dochodzę do ulicy takiejatakiej kilka przecznic dalej i...
Zamknięta furtka, tabliczka "UWAGA PIES". I cisza.
Pffff... Nie będę życia ryzykować dla półeczek.
Wracam do domu i widzę, że inna furtka otwarta, więc psa nie ma, ale to już i tak koniec.
NIGDY nie dotnę tych półek.
Wracam do domu, humor mi się zjebał tak, że chce mi się płakać, a w myślach przeklinam urząd podatkowy, bo kiedyś to ten stolarz na emeryturze by mi dociął te półki w 45 sekund, ja bym mu zapłaciła i wszyscy by byli szczęśliwi. Nawet mu się nie dziwię, że mnie spławił, bo kto by chciał ryzykować dla kilku złociszczy.
Temu drugiemu się dziwię, że ma zawsze zamknięte i jeszcze ta tabliczka, odstraszająca potencjalnych klientów (a poza tym ukradł moim rodzicom kiedyś drzewo, wiec nie do końca mu ufam).

Także jeśli ktoś jeszcze się zastanawia, jak długo można docinać 3 półki, to jeszcze nie wiem. Dam znać jak mi się kiedyś uda.

niedziela, 14 lipca 2019

znasz mnie!

- w domu -

Li leży na kanapie i żali się Kmisiowi:

Li: W ogóle nie spałam! Mały całą noc wstawał, mała zresztą też. Ja nie wiem co w te dzieci dzisiaj wstąpiło.
Kleo: Mała?
Li: Tak Kleosiu, dzisiaj się przez was zupełnie nie wyspałam.
Kleo: Nie! Kała. Kcesz kała?
Li: Czy chcę kawę?
Kleo: Tak! - Ucieszona.
Li: Tak, chcę kawę. To świetny pomysł!
Kleo odwraca się na pięcie i biegnie do Kmisia, który stoi w kuchni i woła:
Kleo: Tata! Kała! Mama kała kce!

- kurtyna -

jaka matka...

- W domu- 

Li: Kleo, nie ruszaj tej gumy.
Kleo bierze ze stołu gumę.
Li: Zostaw. Chyba nie chcesz być niegrzeczna?
Li już wie, że guma będzie zjedzona, nie tylko w spojrzeniu Kleo, ale również dlatego, że sama by ją zjadła.
Li: Jest mi przykro, że nie słuchasz.
Kleo odchodzi na bezpieczną odległość, pomału kończy rozwijać gumę z papierka, po czym szybko wkłada ją sobie do buzi.
Li udaje, że jest smutna i trochę jest, bo też by chętnie zjadła gumę.
Kleo z buzią pełną gumy przychodzi, przytula Li i mówi:
Kleo: Pipasiam.
Li rozpogadza się i czuje dumę, że tak dobrze wychowała córkę.
Li: Już ok, idź się bawić.
Jak tylko Kleo znika za kanapą Li szybko odwija i pożera drugą gumę.

- Kurtyna - 

Dresiki?

Kmiś: Zrobiłaś sobie sztuczne rzęsy i zapierdalamy białym golfem. Czy może być śmieszniej?

Naj naj!

-W aucie-

Li łapie Kmisia za dłoń na skrzyni biegów.
Kmiś chwilę odwzajemnia uścisk po czym przyciąga dłoń Li do ust, całuje i odkłada na jej udo.

Kmiś: Bo niewygodnie.
Li: Spoko, da się powiedzieć "spierdalaj" brzydziej. Np.: "spierdalaj".
Kmiś: Nie chciałem tego powiedzieć.
Li: A co chciałeś powiedzieć? "Spindalaj"?
Kmiś: Nie, nic takiego nie chciałem mówić w ogóle.
Li: Awwww... To najbardziej romantyczne co mi kiedykolwiek powiedziałeś.

-Kurtyna-

hard

Mierzenie innych swoją miarą.

Jeśli sami za bardzo się staramy, to przyniesie nam głównie rozczarowania.
Jeśli są osoby dla których się staramy, to czasami się zawiedziemy, czasami doświadczymy miłego zaskoczenia, ale bilans powinien wyjść zero.
Jeśli jesteśmy kompletnymi egoistami, to zazwyczaj będziemy mile zaskoczeni, bo ktoś zrobił dla nas coś miłego, o czym my sami byśmy nie pomyśleli.

Czy zatem nie lepiej być kompletnym egoistą myślącym tylko o sobie i własnych przyjemnościach?

Nie.

Wtedy świat byłby... no właśnie, jaki?

Taki jak jest teraz w XXI w.?

czwartek, 4 lipca 2019

Chory

Kmiś: Czemu się śmiejesz?
Li: Bo chciałam cię o coś zapytać, ale nie muszę, bo wiem co powiesz.
Kmiś: Aż się boję, dawaj.
Li: Uważasz, że będę najseksowniejszą żoną na tym weselu?
Kmiś: Tak.
Li: Yyy... No to mnie zaskoczyłeś. - Po chwili namysłu - specjalnie to zrobiłeś!
Kmiś: Nie.
Li: Myślałam, że powiesz: "może żoną tak, trzy kropki"
Kmiś: O kurde!
Li: Co, teraz żałujesz, że na to nie wpadłeś?
Kmiś: No, trochę tak.
Po chwili.
Kmiś: Kurde dobre to było. Ale w sumie to pewnie nie będziesz. Może druga będziesz.
Li: To nie jest śmieszne. Kto będzie pierwszy?
Kmiś: Nie wiem. Ale zawsze ktoś jest ładniejszy, wyższy, grubszy...
Li: A od kiedy ty lubisz grube?
Kmiś: Nie lubię.
Li: To jak grubszy?
Kmiś: Po prostu, nie że lubię. Zawsze jest ktoś coś naj.
Li: Nie mogłabym ja być twoją najpiękniejszą żoną.
Kmiś: Mogłabyś.
Li: Ty kutasie.
Kmiś: No co?
Li: No - "MOGŁA-BYŚ". I żoną. Jedną.
Kmiś: Nie o to mi chodziło, ale dobre. Tłumaczysz mi dzisiaj co mówię. Coś mi dziś nie idzie.
Li: To chodź spać.
Kmiś: No.
I poszedł grać xD

Kochasie na zakupach:

- W sklepie -

Li: Po co ty tyle tego zwykłego piwa wziąłeś?
Kmiś: To jest "czerny".
Li: To nie jest to którego nikt oprócz Ciebie nie lubi?
Kmiś: Niuuueee...
Li: ...
Po chwili
Kmiś: Po co ci te doniczki?
Li: Bo... Yyy... się przydadzą.

W tym momencie babka za nimi nie wytrzymuje i parska śmiechem, a wraz z nią umiera mały sklepowy elf o imieniu Rozsądny.

- Kurtyna - 

P.S. Ale stolika nie kupiłam!

P.S.2 A szkoda.

P.S.3 Chociaż nie wiem jak bym go do domu zabrała, bo mamy więcej rzeczy niż pojemności auta, a gdzieś musimy zmieścić jeszcze powietrze do oddychania.

sobota, 20 kwietnia 2019

dupi

Kleo: dupi! dupi!
Oli: buty. bu-ty.
K: dupi
O: bu
K: bu
O: ty
K: ti
O: buty
K: dupi
O: bu
K: bu
O: ty
K: ty
[dłuższą chwilę później]
O: bu-ty
K: dupi
O: but
K: dup
O: jeden but. but.
K: dup. deden dup
O: dwa buty
K przeszczęśliwa: duuupi!
w tle śmiech Kmisia.
O: I give up.
[kurtyna]

Także ten.
Gdy usłyszycie dziecko krzyczące na cały głos "dupy!" na ulicy to nie dżadżujcie.

Optymizm?


Mówią, że gdy budzimy się i jest nam dobrze, i kładziemy się spać z uśmiechem na ustach to jesteśmy szczęśliwi. 
Moim zdaniem może to mieć dużo wspólnego z kołdrą, poduszką, materacem i poszewkami. 

Tak, uwielbiam moją nową kołdrę, którą nie muszę się dzielić
(z mężem, bo dzieci co noc przypełzają i robią ze mnie sandwicha), mój materac i moją pościel. 
Może rano nie jestem taka szczęśliwa, bo wieczne niewyspanie,  ale wieczorem z wielkim uśmiechem zatapiam się w (syntetycznym) puchu.

Odkąd mamy z mężem każdy swój dopasowany materac, kołdry i pościele - śpi nam się o wiele lepiej. Nie wiem jak my w ogóle spaliśmy wcześniej pod jedną, niby olbrzymią, a zawsze za małą, kołdrą!

Polecam - nie zauważyłam żadnych negatywnych skutków ubocznych. 

Szczepionka

I - Jest córką swojej matki... I wnuczką swojego dziadka
K - Dlaczego?
I - Bo mój ojciec też lubi AC/DC. To on mnie tym zaszczepił.
K - Chyba weterynarz.
I - Co weterynarz?
K - Cię zaszczepił.
I - Yyy... Dlaczego?
K - Co dlaczego?
I - Dlaczego weterynarz?
K - Bo jesteś straszną suką.

xD
Jak widać nie wszyscy kochają klasyki.

sobota, 16 marca 2019

Ziemniaki

I - Weź powąchaj!
K - CO? PO CO?!
I - No wąchaj!
K- Mmmmm... [rozmarzony] super pachnie.
I - Pachnie jakby trzeba było do tego ziemniaki zjeść, nie?
K - Ty bez kitu! 
I - Tak jakby ten sos i mięso były stworzone dla ziemniaków, tak pachnie...
K - Nooo... Dziwne.
I - ... i jakby zupełnie nie pasował do tego ani ryż ani makaron.
K - Zgadzam się.
I - To weź idź do sklepu szybko, bo miał być makaron dzisiaj, więc nie mamy ziemniaków.


środa, 6 marca 2019

Du yt jorself czyli DIY w praktyce

Soda oczyszczona jest super środkiem do czyszczenia blablabla!

W skrócie:
Żeby wyprać kanapę wystarczy oprószyć ją sodą oczyszczoną niczym szron oprósza puszczę Białowieską pierwszego mroźnego dnia września i poczekać, a później odkurzyć et voilà! Czystość i świeżość. Jak są plamy to popryskać sokiem z cytryny.

Proste? No raczej.

Więc wzięłam się za przyprószanie, pryskanie i czekanie. Później zadowolona z siebie chwyciłam za odkurzacz, wyobrażając sobie moją piękną, czystą kanapę.
Żeby nie przeklinać powiem tylko, że "trochę się rozczarowałam".

Kanapa, odkurzacz, dywan i ja - wszystko ujebane w sodzie. Sorry, no ale "ubrudzone" zupełnie nie oddaje rzeczywistości. Niedziela, wieczór się zbliża, co tu robić?!
Perfekcyjna pani domu ze mnie, że chuj. To chociaż odkurzacz wyczyszczę. Umyłam rurę jedną i drugą (tą karbowaną nie było łatwo, ta druga zardzewiała) wyszorowałam końcówki.
Biegnę do mamy, powie mi, że jestem głupia, ale może coś poradzi.
Uff... mama kupiła sobie ostatnio profesjonalny odkurzacz wodny do prania dywanów, kanap, tapicerki. Po 1,5 godziny kanapa była rzeczywiście czysta prawie jak nowa, co prawda mokra, ale czysta. Tylko dwa dni później można już było wygodnie na niej usiąść, bo wyschła. To było we wtorek. We wtorek wieczorem, mogliśmy na niej usiąść. We wtorek wieczorem też, nasza córka zsikała się na kanapę, bo jej pampers przeciekł i oblała ją sokiem pokazując, gdzie obsikała, więc tradycyjnie wyprałam ją już punktowo płynem do naczyń na gąbce.
Jeśli ktoś zapyta mnie co sądzę o praniu czegokolwiek sodą oczyszczoną, albo innym "świetnym, niezawodnym sposobem, o którym, O DZIWO! , nikt nie słyszał" to tu jest zestawienie mojej przygody:

Kanapa - brudna
Dywan - brudny
Odkurzacz - brudny + rury i końcówka zardzewiałe
Czas - zmarnowany
Soda - zmarnowana
Energia - zmarnowana

Czyli jakby nie patrzeć:
brud 6 - 0 soda.

A tutaj zestawienie profesjonalnego czyszczenia:

Kanapa - czysta

odkurzacz 1 - 0 brud.

Może mniej spektakularne, ale do mnie o wiele bardziej przemawia.


Z dziećmi do lat 3 to gorzej niż z psem. Przecież ta kanapa niedługo zacznie śmierdzieć jak na melinie! 
Także ten... już znalazłam sobie nową z IKEI, którą chcę kupić jak wygram konkurs :p Pytanie tylko, czy opłaca mi się kupować nową kanapę, skoro pewnie też będzie obsikana. Otóż, uważam, że opłaca się, bo ma ściągane pokrowce do prania w pralce i już wymyśliłam, że można by włożyć pod pokrowce takie podkładki antysikowe jak na materac w łóżeczku.
Puenta?
Kolejny raz DIY można zmienić w DYD! - Don't You Dare!

sobota, 2 marca 2019

wydawało mi się


|Ed Sheeran - Photograph

Wydawało mi się, że kiedyś byłam tylko trochę głupsza.
Okazało się, że byłam mądrzejsza.
Wydawało mi się, że jestem silna.
Nie jestem.
Wydawało mi się, że jestem wredna.
No, ok - trochę jestem, ale w sumie to mam za miękkie serce.
Wydawało mi się, że wszystko się po prostu stanie.
Samo to się tylko mleko popsuje - bez odpowiedniego wkładu ser się nie zrobi.
Wydawało mi się, że są dorośli.
Dorosłość to tylko liczba. Wszyscy jesteśmy tak samo zagubieni, nikt nie ma prawdziwych odpowiedzi, nikt nie jest ekspertem.
Przychodzi taki moment kiedy zdajemy sobie sprawę, kiedy uderza w nas "myśl" i później już nic nie jest takie samo - przez jakiś czas. W teorii wszyscy wiemy że czas ucieka, że życie mamy jedno, że nie wiemy dlaczego i po co tu jesteśmy, ale raz na jakiś czas, raz na parę lat, to nas uderza jak zderzak autobusu, byśmy mogli znów zapomnieć na kilka lat i "żyć normalnie".

wtorek, 12 lutego 2019

peoples

Gdybym mogła powiedzieć coś kilkuletniej sobie, to byłaby to pewnie rzecz dość dziwna.

W wieku 27 lat zrozumiałam co ze mną jest "nie tak" i dlaczego nie mam wielu znajomych i przyjaciół " jak inne dzieci". xD
Otóż: ja po prostu nie lubię ludzi.
Człowieki lubię, ludzi nie.
A że człowieki rzadko występują same, lubią się gromadzić w ludzi, to trudno dopaść takich człowieków sam na sam; grupa przyjaciół czy paczka to już nie człowieki tylko ludzie.
Tak więc wychodzi na to, że te kilka osób, które lubię, z którymi spotykam się raz na jakiś czas i które nazywam przyjaciółmi lub znajomymi, są moimi człowiekami (zazwyczaj wydziobanymi osobnikami o szczególnych sercach spośród różnych grup). Nie lubię jak moje człowieki się spotykają na raz, bo zmieniają się momentalnie w ludzi, a ludzie nie są sobą. Popisują się przed innymi, mówią dziwne rzeczy i ogólnie stają się masą nie do opanowania.

Podsumowując, przekaz dla 10 letniej mnie brzmiałby:

1. Nie musisz lubić ludzi. 
2. Nie każdy jest ekstrawertykiem. Nie każdy musi być duszą towarzystwa. Nie każdy musi lubić to samo. Jeśli lepiej czujesz się w domu z książką, możesz ludziom to powiedzieć, zamiast szukać wymówek dlaczego nie możesz się z nimi spotkać. Jeśli ludzie będą traktować cię z tego powodu źle, to źle o nich świadczy, nie o tobie. 
3. Traktuj ludzi z szacunkiem, uśmiechaj się i bądź sobą, a nigdy nie będziesz samotna. Zawsze znajdzie się człowiek, który to doceni i będzie chciał się z tobą zaprzyjaźnić - a taki człowiek jest warty więcej niż pełno ludziów.
4. Bycie samemu to nie to samo co bycie samotnym. Różnicą jest możliwość spotkania się z kimś.
5. Introwertykowi najłatwiej zostać "przygarniętym" przez ekstrawertyka i taka znajomość ma dużą szansę wypalić. Dlaczego? Introwertyk raczej nie wychodzi z inicjatywą, bo nie chce komuś się narzucać. Ekstrawertykowi przychodzi to z łatwością. Ekstrawertyk ma wielu znajomych i przyjaciół, więc jak introwertyk nie ma ochoty się z nim spotkać, nie jest to dla niego problemem, bo po prostu umówi się z kimś innym. Drugi introwertyk, pomimo teoretycznego zrozumienia, mógłby się poczuć odrzucony i drugi raz nie wyjść z propozycją. 

Trochę czasu zajęło mi zrozumienie tych zależności, a także faktu, że: 

 6. Nie jesteś ekstrawertykiem, nawet kiedy bardzo się starasz. [śmiech]

Pewnie dodałabym na koniec wywód o tym jacy ludzie są głupi, bo skala tej głupoty dotarła do mnie dość niedawno i pewnie jeszcze nie raz zaskoczy, i że od głupich ludzi najlepiej się trzymać z daleka - bo znajomość z nimi przyniesie tylko straty (moralne i materialne). 
Kiedyś myślałam, że ludzie są mądrzy, z kilkoma wyjątkami. Teraz wiem jak trudno znaleźć inteligentną osobę w dzisiejszym świecie. 

Im więcej osób poznaję, tym mniej chcę mieć z nimi do czynienia. Bezludna wyspa coraz bardziej brzmi jak świetna opcja.

poniedziałek, 4 lutego 2019

streczing i sprzątanie, czyli jak się nie uczyć.

Miałam się uczyć.
Usiadłam do biurka, włączyłam komputer, wyjęłam notes i długopisy.
No ale tak bez picia?
Nalałam sobie wody do szklanki.
Usiadłam.
Trochę zimno.
Wstałam, wzięłam koc.
Usiadłam, zawinęłam się w koc.
Woda mi się skończyła.
Dolałam wody. Zajrzałam do lodówki. Na szczęście nie było nic z przekąsek.
Usiadłam, zawinęłam się w koc. Czytam pytanie testowe.
Siku. Mogłabym zrobić siku. Idę siku.
Wracam, siadam, zawijam się w koc, piję łyka zimnej wody - to pomaga na skupienie.
Czytam. Czytam. Czytam... Co ja właściwie czytam. Głowa mnie boli.
Włączę muzykę na skupienie.
Tidal... czego by tu... dobra obojętnie - muzyka do nauki - check!
Dalej boli mnie głowa i widzę jak przez mgłę. Chyba się nie wyspałam znowu.
Czytam. Czytam. Nic nie wiem. Skończyłam chociaż pytania zaplanowane na dziś. Teraz notatki i prezentacje.
To może się poruszam chwilkę to się rozbudzę. Ostatnio ćwiczyłam... w ciąży - jakieś 7 minut jogi. Wcześniej pewnie z 5 lat temu. A może nie? Kiedyś byłam na Zumbie jeszcze.
Macham rękami, nogami, rozciągam się.
Botko! Jaki tu jest bałagan! Podłoga miejscami się lepi - to pewnie ta kasza co spadła z antresoli i się "nie rozprysnęła, bo butelka jest pusta". O, na lodówce też jest pełno bryzgów. Pod szafą jakieś odłamki szkła. Kurz, farfocle, jakieś plamy. Muszę tu posprzątać! Przecież niedawno sprzątałam. To niemożliwe, żeby znowu było tak brudno. Idę ćwiczyć gdzieś indziej.
Pod kanapą jest pełno kurzu i drobin... co to właściwie jest? Ziarna? Skąd tu ziarna?
Pod schodami też brud. Pajęczyny, kurz... Szyby szafek całe obpalcowane i obślinione. Szyba balkonowa też. O, i tu też coś się lepi. Muszę tu koniecznie posprzątać.
Przynajmniej się porozciągałam i teraz nie chce mi się spać. Mogę się uczyć, a posprzątam tu DOKŁADNIE wieczorem. I okazało się, że kondycję mam lepszą niż myślałam (to nie znaczy, że dobrą), do pełnego porozciągania mogłabym dojść pewnie w niecałe 2 miesiące codziennego strecznigu, gdybym chciała... No, to znaczy, że nie muszę na razie ćwiczyć. Sprawdzę znowu za rok.
Siadam do kursu, odkładam koc. Jest mi teraz ciepło. Piję łyka wody.
Notatki... Dobra, to gdzie ja ostatnio skończyłam...?
W sobotę super mi się uczyło... a dziś, eh szkoda gadać.
Zaraz się dzieci obudzą i tyle z tego będzie, a ja myślę o brudzie mnie otaczającym. Fml.
To chociaż notatki zrobię.
tbc.

coś dobrego

K wchodzi na górę
I - Położyłeś to na górze?
K - Tak. Będzie bliżej do routera.
I - Ale dalej żeby zresetować.
K - Trzy razy jak się przejdziesz na górę to nic złego się nie stanie - powiedział schodząc i dodał - raczej coś dobrego.
I - To zostały ci jeszcze dwa razy.
K- ?
I- żeby stało się coś dobrego.

zależy

- Czy to pytanie jest trudne?
- To zależy czy znasz odpowiedź.

piątek, 1 lutego 2019

niemiły mój

K - Chodź zobacz te zdjęcia.
I - To mi wyślij. Teraz coś robię.
K - Dlaczego ty jesteś taka nieuprzejma?
I - Dlaczego ty jesteś taki niemiły?
K - Ja? Jak to?
I - Cały czas mi mówisz, że jestem nieuprzejma.

ślizgłe

K - Leci ci coś z rąk widzę.
I - Bo mam...
K - Ośliz...
I - ...ślis...
K - ...głe.
I - ...kie.

środa, 23 stycznia 2019

shy bladder

K - Jesteś wredna
I - Ja ci tylko powiedziałam, że następnym razem też cię przytulę jak będziesz sikać.
K - Nie powiedziałaś, tylko zastraszyłaś.

klątwa ogra?

K - Czemu tak swędzą mnie plecy nagle?
I - Może akurat przemieniasz się w ogra.

poniedziałek, 14 stycznia 2019

Telefonistka

K - Fajnie było z Tobą pogadać dziś przez telefon.
I - Dlaczego?
K- Nie wiem. Wyjątkowo byłaś jakaś taka... uprzejma.

piątek, 4 stycznia 2019