czwartek, 30 sierpnia 2012

sweet limes


Kiss me in the moon light
Love me under blue sky
Wake me up with your eyes
Take me for a bit time

Let me feel the wet land
Make me see the bright sign
Hug me all with your arms
Eat with me the sweet limes

Live with me in all times
Sweep away my all fights
Care for all my mind nights
Crave for all my heart rights

Kiss me on the wet land
Love me under bright sign
Wake me up with your arms
Take me for the sweet limes

Let me feel the moon light
Make me see the blue sky
Hug me all with your eyes
Eat with me a bit time

***

Hate me with your dark eyes
Beat me up of your mind
Mortify all my life
Suck the juices I lust



// Nadal nie wierzę w miłość.

Rozmawiałam dziś z Olą na ten temat. 

Powiedziała: 
'Jeśli spotkamy osobę, która oczaruje nas wyglądem, wnętrzem i będzie miała to coś, to się zakochamy. Jeśli ktoś jest super z wyglądu, super z charakteru, ale brak mu tego czegoś, to z miłości nici. Jeśli ktoś jest super z wyglądu i ma to coś, ale charakter taki o, to z miłości nici. Jeśli ktoś jest super z charakteru, ma to coś, ale z wyglądu taki o, to z miłości też nici.' 
No i facet powinien być inteligentniejszy od swojej kobiety. Tą odrobinę. Zapewni to komfort psychiczny obojgu. Bo kobiety nie lubią być z 'debilami', a mężczyźni nie lubią czuć się 'debilami'.

Takie przemyślenia wieczorową porą.

środa, 29 sierpnia 2012

blu skaj

|Brodka- Varsovie 

Wake me up in July
Fuck me under blue sky! :)

Wesoła twórczość przy gotujących się ziemniakach

Łeeejk mi ap in dżuuuuuulaaaajjjjj!!!
Fak mi ander blu skaj
Łi łil kacz de szóting stars
On de blakbord najt skaj

Łeeejk mi ap in dżuuuuuulaaaajjjjj!!!
Fak mi ander blu skaj
Łi łil kacz de szóting stars
Oll aj niiid iys maj bajk :)

Uwielbiam takie dni jak ten! :* buziaczki i przytulaski dla mojej najwspanialszej Oli!!! x*
Basia (vampia) napisała:
'napisałabym bardziej, otwórz okno, wpuść trochę światła do ciemnego pokoju... albo najlepiej wyjdź na zewnątrz w ciągu dnia wampirzyco jedna!'

Bardzo mi się to spodobało. Chociaż... przecież wychodzę na zewnątrz... nawet w ciągu dnia. Czy to, że siedzę w cieniu cokolwiek zmienia? Przecież słońce świeci mi w ekran i muszę mrużyć oczy (bo w okularach nic nie widzę, bo jest za ciemno). Vit D się wchłania chyba również z odbitych fal, nie?
Zresztą... Nie lubię witamin. Witaminy to jakieś tam małe cząsteczki, których nie widać. Są jak Bóg. Są ale ich nie ma. No nie wiem. Nic nie wiem. A może wiem wystarczająco dużo by widzieć, że nic nie wiem?

Eh... życie

Siedzimy sobie z Olą, piszemy, śmiejemy się, gadamy ze Sławkiem przez fb, a jemu ktoś się włamał na konto więc mamy polew... no i pisanie od tyłu jest całkiem zabawne, i 'żonglowanie komputerami' też jak się okazało. Dodatkowo bardzo zabawne jak widać jest to, że nakiepowałam sobie do nosa, torebki i na Oli stopę... eh te przyjemności dnia codziennego. A nakiepowałam sobie kwiatkiem z doniczki, żeby nie było, bo obrzucanie się ziemią to to co dziewczynki lubią najbardziej (zaraz po aktach i spamie) :)

Specjalne pozdrowienia dla Sławka, który okazał się dobrym czytelnikiem!



Uwielbiamy Cię!

Selera też uwielbiam!

Na pierwszym miejscu jest oczywiście Ola, zaraz za nią rolki i jedzenie, ale później to już tylko wy chłopaki!



Buziaczki i lecę spamować dalej! :* :* :*

piątek, 24 sierpnia 2012

ostatnio moje dni są dość monotonne

Budzę się, przeciągam, leżę myśląc o życiu, włączam komputer, przewracam na drugi bok, próbuję sobie przypomnieć sny. Sprawdzam fejsa, wstaję, schodzę do kuchni, biorę jedzenie i kawę, wracam do łóżka, jem śniadanie, piję kawę, sprawdzam fejsa, uczę się, sprawdzam fejsa, idę do kuchni, biorę obiad i wracam do łóżka po czym sprawdzam fejsa. Jem z komputerem, słucham muzyki. Taki chwilowy czil. Odstawiam talerz na stolik koło łóżka, kładę się wygodniej, sprawdzam fejsa i wracam do nauki. Wstaję idę po herbatę. Wracam. Czytam sobie coś na blogach i na fejsie. Czytam jeszcze trochę 'nudnych książek' po czym zamykam je z rozmachem, biorę prysznic, ubieram się i wychodzę. Słuchawki na uszach. Spotykam się z Olą i gadamy do nocy. Wracam do domu w dużo lepszym humorze. Słucham muzyki, cziluję sie z komputerem, oglądam filmiki, gadam ze znajomymi, zasypiam z twarzą na klawiaturze. Budzę się po jakimś czasie, kładę się na poduszce i zamykam klapkę komputera. Muzyka jeszcze sobie leci.


'Regulamin:

1.Opisujesz jeden dzień ze swojego życia. Możesz zmyślać, albo opisać swój wymarzony dzień.
2. Zapraszasz do zabawy innych, którzy nie jeszcze nie dostąpili tego zaszczytu, jeśli nikogo nie znasz - zapraszasz babcie.
3. Gdy babcia odmówi, nie zapraszasz nikogo – już wiesz czemu posiadasz ten blog.'

Zabawę wymyślił Ichigol

Do zabawy zapraszam:
1. Olę
2. Selera
3. Ana Marie Domini
4. Anićkę
5. Agy

czwartek, 23 sierpnia 2012

życie jest...

... chujem.
Tak, wypiłam. Tak, zmieszałam. Tak, czuję się świetnie. W końcu.
Miałam dziś sen o wypadku samochodowym. Przygazowałam i przy zmianie pasa wpadłam na krawężnik. Samochód poleciał jak wirująca śruba, a ja wypadłam przez otwarte okno i siedząc patrzyłam jak auto wpada do sklepu (przez okno, drzwi i ścianę) zostawiając za sobą dziurę i strach. 'Czy ja żyję? Tak. Czy nikomu nic się nie stało?' Wbiegam w panice do sklepu i widzę ekspedientkę na szafce pod samochodem. Rusza się. Po prostu się wystraszyła. 'Nic to.' Sen pędzi dalej. Pościg, strzelanina, dziecko z siedmioletnią matką ('siostra?' pomyślałam). Sny to inny wymiar.

Napisałam dziś coś dla kogoś, ale mnie to nie przekonało. Może teraz będę bardziej 'true' czy jak byśmy to powiedzieli po polsku 'bardziej prawdziwe'. Bardzo chciałabym żeby mi to wyszło, ale tak trudno wczuć się w kogoś o kim wie się tak mało, że prawie nic.

Czy chciałabym się zakochać, padło dziś pytanie. Nie wiem. Na razie żyję w swoim świecie, w którym nie ma na to czasu ani miejsca. Chcę osiągnąć wszystko co sobie zamierzyłam i dopiero wtedy zacznę się nad tym zastanawiać, słuchając tykającego zegara. Zegary mają to właśnie do siebie, że tykają. Z wiekiem coraz głośniej i uporczywiej, dając nam odczuć, że czas mija, a my NIC jeszcze nie zrobiliśmy sensownego, NIC nie osiągnęliśmy i NICZYM nie możemy się poszczycić i patrząc na naszych znajomych, którzy tak wiele już zrobili i mają czujemy się pusto i zbędnie.

Zrobię w końcu to o czym myślę tak wiele i tak często.

Nie. Nie chcę się zakochiwać. Nie czas to, i nie miejsce.

kotorybarium

Czasami chciałabym mieszkać w kotorybiarium. Miałabym tam salon, sypialnię, kuchnię jasną i przestrzenną, wielką łazienkę z sauną, duży taras z jacuzzi i ogródek z trawą, ziołami, kwiatami, drzewkami owocowymi i z basenem. Chciałabym mieć właściciela, który by się mną zachwycał, przychodził karmić, bawić się i spełnić wszystkie moje zachcianki. Ktoś kto obserwowałby mnie jak odpoczywam, śpiewam, tańczę, czeszę się, kąpię, gotuję, wydurniam, relaksuję, jem, smaruję ciało kremem i marzę... Ten ktoś wyciągałby mnie czasem z kotorybiarium i zabierał na spacer. Czasem odwiedziłaby mnie inna kotoryba i wypiłybyśmy sobie wino z kryształowych kieliszków, zapaliły sziszę, pośmiały z rzeczy, których mężczyźni nigdy nie zrozumieją. Później poszłybyśmy do łóżka i gadały do rana, by w końcu zasnąć wycieńczone. Właściciel spuściłby żaluzje, by blask słońca nie obudził nas przed czasem. Później słuchałybyśmy muzyki, która pięknie by się rozchodziła po szklanym kotorybiarium. Usiadłabym na trawie (po której nie chodziłby nawet najmniejszy owad) i pisałabym opowiadania o wolności i szczęściu. A ponieważ wszędzie byłoby pełno luster, kotorybiarium wydawałoby się bardzo duże i rozległe. Czy można być szczęśliwym w kotorybiarium? Chyba tak. Muszą być spełnione jednak dwa warunki. Jeden to świadomość, że można z niego wyjść w każdej chwili, a drugi to dobry właściciel.

m vs f czyli s. vs Ola vs mój dół

ribca
z ostatniej chwili: mam gorsze zmartiwenia niż twój router

s.
rozpiszesz się troszkę?

ribca
weszlam na wage i popatrzylam w lustro... wiec generalnie i oficjalnie mam doła

s.
no tego bym się nie spodziewał 
może i waga to jedna z tych rzeczy, na którą praktycznie nie zwracam uwagi, bo sama w sobie niekoniecznie musi mieć wiele wspólnego z tym co widać
ale że lustro? co Ci się nie podoba?

ribca
w tej chwili... wszystko

s.
eeej... 

ribca
ale nie martw sie taka kolej rzeczy
to jeden z tych dni kiedy sie nie lubie... pozniej przyjdzie ten tydzien, gdy wpadne w calkowity samozachwyt...
a wtedy to bedzie przerabane dla wszystkich w kolo 

s.
z/w, nie bardzo mogę teraz posiedzieć

[deprecha i rozkmina życia]
ribca
kurwa 
jestem pączkiem 
jak mi dasz coś do jedzenia to znaczy ze mnie nie kochasz
masz mnie odepchnąć kijem i powiedzieć: 'idź...'

Ola
PRZECIEŻ JESTEŚ CHUDA KRETYNIE

ribca

przytylam!
teraz moje BMI.. az boje sie sprawdzac

Ola
co nie zmienia faktu,ze nadal jesteś chuda!
najpierw lepiej sprawdź wzrost

ribca
sama jestes chuda!

Ola
Po pierwsze: Jesteś szczupła. Moze masz to cycka(?) to tyłek ale 
NA PEWNO NIE JESTEŚ GRUBA!
po drugie: to ja jestem pączkiem
po trzecie: odstawimy czipsy i bedzie dobrze
po czwarte: MASZ OKRES WIEC NABRAŁAŚ WODY głupku

ribca
no nie wazne
az sobie paluszki zjadlam ze smutku

[koniec deprechy i zmiana tematu]

|Zaz - Prends Garde A Ta Langue

Wniosek:
Każda kobieta potrzebuje przyjaciółki. Faceci są po prostu w pewnych kwestiach beznadziejni i zbędni.

wtorek, 21 sierpnia 2012

dobra wiem...

... dość depresyjnie jest tu ostatnio. Cóż poradzić skoro tak się czuję.
Dziś byłam w teatrze (amatorskim, ale jednak). Zacznijmy od tego, że teatr kocham całą swoją duszą i nienawidzę całą resztą. Moja obecność na jakimkolwiek spektaklu to katusze. Dziś odkąd usiadłam na krześle miałam gęsią skórkę, dreszcze i czułam, że łzy mam tuż pod powiekami. Nie wiem na ile uczestniczyłam w spektaklu. Moje myśli krążyły w okół mojego miejsca. Tak bardzo chciałabym być po drugiej stronie. Wyobrażałam sobie jak JA bym zrobiła to czy tamto. Jak bym odegrała, zatańczyła, zaśpiewała. Spektakl się skończył już parę godzin temu, a ja wiem, że czeka mnie wiele więcej zanim dojdę do siebie. W tym roku zrobię co w mojej mocy, by posunąć się w odpowiednim kierunku, choćby na milimetr. Nienawidzę siebie za to, że nie robię tego co bym chciała najbardziej (ale czy na pewno?). Lubię studia medyczne, jednak to teatr rozpala mnie do głębi. Lubię widzieć jak ludzie ze stanu między życiem, a śmiercią po kilku dniach wracają do siebie, jednak uwielbiam uczucie drewna pod stopami, zapachu kurzu z kurtyn, dźwięku opadających słów i emocji. Uwielbiam próby, stres, próby, tremę, próby, więcej prób i w końcu ten moment, gdy staję przed ludźmi w blasku świateł i mam coś do przekazania, myśl, że teraz albo nigdy, niesamowity stres, że coś pójdzie nie tak, uczucie wielu krzyżujących się na mnie par oczu, i strach. Paniczny strach. I wtedy zaczyna się. Emocje opadają w ułamku sekundy, wraz z pierwszym wypowiedzianym słowem, wraz z pierwszym wykonanym gestem. Na scenie jestem tylko ja. Na świecie nic się nie liczy. Każdy dźwięk i każdy kolor są po to by mi pomóc przekazać coś większego, by kogoś wzruszyć, zachwycić, zmusić do przemyśleń, zadowolić. Znika trema, znika stres, znikają zakłócenia.
I trwa to aż do ostatniego westchnienia, gestu, słowa. Światła gasną, muzyka milknie. Publiczność zaczyna klaskać i wiem, że się podobało. Wtedy ogarnia mnie euforia i chcę zatrzymać tą chwile na wieki. Chcę pokazać coś jeszcze. Zastanawiam się dlaczego trwało to tak krótko. Czas już niestety zejść i przywitać się z codziennością.
Jestem kim jestem, będę Panią Doktor. Styl, wolność i pragnienia muszą poczekać. Na razie muszę godnie reprezentować swój fach.
Nie każdy może być wolny. Związane włosy, schludny strój i skromność. To mój świat.

jakie ładne numerki :)

ciało

Czego wy wszyscy ode mnie chcecie?
Chciałabym być samą duszą, unosić się tuż nad ziemią i wnikać w myśli ludzi rozmawiając z nimi w ten sposób, poznając ich plany, przemyślenia i pragnienia. Ciało jest takie zbędne. Mogłabym pomagać, doradzać, rozweselać. Nie miałabym żadnych skaz. Nie miałabym huśtawek nastroju. Nie miałabym emocji i uczuć. Bez układu hormonalnego i nerwowego, nie miałabym problemów.

|Nosowska - Kto

moje marzenia


Marzenie number one: wiedzieć czego chcę
Marzenie number two: wszystko inne

Obudzić się i być smutnym? Przecież to nie tak. Można zasypiać smutnym, ale... kolejny dzień powinien zaczynać się nadzieją i radością, że przecież wszystko co złe za nami, a przed nami wszystko co nowe i dobre.  

Cholernie mi źle. Czuję, że wszystko co robię jest jak taniec lunatyka. Kręcę się w koło potykając się o ludzi i depcząc im po stopach. Oni przeszkadzają mi, a ja im. Nie chcę partnera do tańca. Chcę pustki i spokoju. Pusty parkiet i dobra muzyka.

Idę do Oli. Tylko to mi poprawia humor ostatnimi czasy. Ja chyba też jestem od niej uzależniona. Budząc się myślę: 'ja idę do niej, czy ona wpada do mnie?' i  tęsknię jak nie mogę się z nią zobaczyć. Dobrze mi z tym. Olę toleruję, uwielbiam, kocham. Ona mnie rozumie, potrafi postawić na ziemi i sprawić bym zaczęła się unosić 7 cm nad nią.

|Zaz - La Fee

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

ja pierdolę!

Nie wiem o co mi chodzi. Znów czuję się chujowo, czyli tak, że lepiej nie gadać. Nienawidzę tej części swojego życia, kiedy muszę się uczyć czegoś, co mnie najzwyklej w świecie nie interesuje, nie jara, nie ciągnie, a wręcz odrzuca. W dupie mam takie życie. 
Te wakacje są jakieś takie beztroskie i wspaniałe, ale czuję, że to już koniec i że czeka mnie ciężki rok pełen udręki, pełen wyrzeczeń i 'straconego czasu'.
Jednak będę się przygotowywać, by móc wyciągnąć rękę ku marzeniom. Spróbuję i jeśli nie wyjdzie to spróbuję jeszcze raz. Jeśli po wielu próbach nic się nie zmieni to znaczy, że tak miało być i się jakoś z tym pogodzę. Jednak będę próbować najmocniej jak potrafię. Jeśli wyjdzie to będę szczęściarą. Na pewno nie będę stać bezczynnie patrząc jak życie mija mnie w pośpiechu.
To już ten czas by stanowczo powiedzieć:
'Teraz ja tu rządzę! Nie umrzesz za mnie, więc nie mów mi jak mam żyć.'
Niby hasło pospolite, niby każdy je zna, a mało kto się stosuje.

|Zaz - Port coton


Do zobaczenia w nowym lepszym świecie.

FC Yuma i pierwsze wspólne podróże :)


W pociągu należy... jeść!!! Najlepiej cały czas, bez przerwy, zaczynając już na peronie :)


po drodze do Kazimierza Dolnego

(- Mamo! mamo! jedziemy do Kazimierza
- A kto to jest ten Kazimierz
- Mamo! Kazimierza Dolnego.
- Ale on ma beznadziejne nazwisko. To ten mechanik?)

minęłyśmy Warszawę i ichniejszy stadion narodowy, który prezentuje się całkiem nieźle.



Pociągiem dojechałyśmy do Puławy, skąd musiałyśmy dojechać jakoś (autobusem) do celu.
GPS towarzyszył nam cały czas. Ludzie dziwnie się na nas patrzyli. Czyżby to dlatego, że jechałyśmy w dresach, śmiejąc się i gadając cały czas (tzw trrrrrrrrrr), obładowane torbami i jedzeniem? Hmmm...


W autobusie spytałyśmy kierowcę:
'na którym przystanku mamy wysiąść, żeby mieć najbliżej na Słonczną?'
Padła odpowiedź:
' w centrum'.
Tak też zrobiłyśmy. Wysiadłyśmy w centrum Kazimierza, autobus odjechał. Na przystanku zapytałyśmy jakiejś kobietki:
'W którą stronę na Słoneczną?' 
Ona złapała się za głowę i powiedziała, że to strasznie daleko i że powinnyśmy podjechać tym autobusem, z którego właśnie wysiadłyśmy, jeszcze dwa, trzy przystanki. 
'Acha' - wydobyło się z naszych zmęczonych, acz podekscytowanych ust.
Następny autobus za godzinę. Było słonecznie, gorąco, tłoczno. 
'No dobra, to w którą stronę mamy iść i jaka mniej więcej odległość nas dzieli od celu?'
'To jest kawałek. Tak z dwa km musicie iść tą drogą cały czas prosto, a na skrzyżowaniu w prawo.'
'Ok. To nie tak daleko. Idziemy.'
Złapałyśmy bagaże i w drogę. Idziemy i idziemy, aż tu nagle kończy się ulica i przed nami wyrasta... galeria/muzeum?
Hmmm.... chyba czas znów zapytać o drogę. 
'Przepraszam, na Słoneczną to dobrze idziemy?'
'Tak, ale to strasznie daleko!' -odpowiedział starszy mężczyzna.
Ręce nam trochę opadły.
'Jak daleko?' - spytałyśmy.
'Tak z dwa km'
'Aha.'
*jak to dwa km?? WTF?!*
Mężczyzna wskazał nam, że powinnyśmy iść na lewo (to była ta droga 'cały czas prosto'). Włączyłyśmy GPSa. Idziemy. Jakiś czas później, znów zapytałyśmy o drogę, tym razem pana dorożkarza. I znów było 'jakieś 2 km.' tylko dopowiedziane, że jak skręcimy tu w lewo to możemy iść przez las i będzie bliżej, ale z torbami niewygodnie. Poszłyśmy dalej 'prosto'.
Sytuacja zaczynała nas bawić. W końcu doszłyśmy do skrzyżowania na którym miałyśmy skręcić w prawo. Droga zaczynała iść delikatnie pod górę, a chodnik od czasu do czasu był poprzetykany latarniami wyrastającymi na środku. Zerknięcie na GPS - zostało '700 m' hurra! Już jesteśmy blisko.
Idziemy, idziemy, idziemy, zerkamy na GPSa i... '900m'?! Oddalamy się? 
No ale cóż tu robić? Pewnie droga idzie jakoś dookoła. 
Po jakiejś godzinie dotarłyśmy na ulicę Słoneczną, spocone, rozbawione i głodne. 
Przeszłyśmy w końcu te '2 km'. 

Pensjonat, w którym miałyśmy się zatrzymać prowadziła przemiła gospodyni. Od razu dała nam klucze, oprowadziła po naszym pokoju i zostawiła nas same, żebyśmy mogły się ogarnąć. Jeść i prysznic. 
Odpoczęłyśmy chwilkę i poszłyśmy z powrotem do centrum, tym razem drogą przez las, przez tzw przez miejscowych 'wąwóz'. Zjadły nas komary, piasek nasypał nam się do butów, mysz wystraszyła, a mrówki dodawały tempa naszemu marszo-spacerowi, ale co tam. Było fajnie. I szybko. W niecałe 20 min byłyśmy w centrum. Poszłyśmy od razu zobaczyć co, gdzie i jak. Kino plenerowe, klub festiwalowy podobno w rynku, internet koło kina, w miejscu, gdzie odbywają się spotkania z twórcami. Poszłyśmy kupić sobie bilety na jakiś film. Wybrałyśmy 'Legenda Kaspara Hausera' pokaz przed przed-premierą Yumy, cobyśmy się nie nudziły następnego dnia. 
Później postanowiłyśmy pozwiedzać okolice. Udałyśmy się na deptak nad Wisłą. Było gorąco i chciałyśmy się wykąpać, ale skok do Wisły byłby chyba dość ryzykownym posunięciem. Usiadłyśmy sobie na brzegu i zachwycałyśmy się pięknem Kazimierza popijając lekko schłodzone piwko.






Później wróciłyśmy do pensjonatu tą samą drogą, którą szłyśmy za pierwszym razem. Teraz zajęło nam to około pół godziny.

W pokoju oczywiście włączyłyśmy telewizor i oglądałyśmy reklamy przerywane jakimiś filmami i serialami. Aha, no i jedzenie!
Następnego dnia poszłyśmy do miasteczka wcześniej, by spotkać się z Piotrkiem w Zielonej Tawernie, ale nie wystarczająco wcześnie, by go złapać. Zobaczyłyśmy jednak Kubę G., jego dziewczynę Adelę i ich znajomych. No i był taki mega słodki psiak, który bawił się jak... no jak to szczeniaki. Po wypitym piwku poszłyśmy zobaczyć film 'Legenda Kaspara Hausera'. Oczywiście nasze myśli i rozmowy krążyły w okół Yumy, obsady i pana reż. Piotra Mularuka, który był głównym inicjatorem naszej wycieczki. To on nas zaprosił i dał bileciki.

'Legenda...' była dziwnym filmem, ale chyba mogę powiedzieć, że polecam. Klimat surrealizmu, schiz i dziwnych skojarzeń.

Po filmie wyszłyśmy przed kino, gdzie gromadziły się już dzikie hordy ludzi. Pan reż. już na nas czekał. 
Próbowałam przebić się przez rzekę ludzi by się przywitać i przedstawić. Udało się. Dostałyśmy bileciki i... nagle naszym oczom ukazała się grupka aktorów (Kuba G.,Krzystek S.,Helena S i Jakub K.).

Weszłyśmy do kina (bardzo plenerowego) i zajęłyśmy miejsca w pierwszym rzędzie. Przeszczęśliwe i nie do końca przy ziemi, czekałyśmy aż wreszcie się zacznie.
Wyszła ekipa Yumy i zaprosiła nas na film. Piotrek spadł z podestu co wprowadziło wszystkich w odpowiedni wesoły nastrój. Zaczął się film. Reakcje publiczności były niesamowite. Ludzie śmiali się, klaskali, śpiewali piosenki z filmu. Naprawdę super publika! Piotr Mularuk mógł być z siebie dumny. Jego dziecko się spodobało. Później, gdy film przyspieszył i przestawał być zabawny słychać było westchnienia.
Po filmie nastała burza oklasków.

Wyszłyśmy oddając po kilka głosów 5/5
Później było spotkanie z twórcami, było tyle ludzi, że ledwo zmieścili się w ogródku filmowym. 
Kuba G. spotkał swojego sobowtóra (który też studiuje w Krakowskiej teatralnej).
Na pewno zabawne przeżycie ;p

Po spotkaniu Piotr Mularuk zabrał nas na imprezę z jedzeniem i alkoholem. Aha, no i gwiazdami. ;p
Miałyśmy okazję pogadać z Piotrkiem, Heleną S., Jakubem K. i innymi ludźmi z towarzystwa.
Bardzo miły wieczór. Ale to nie koniec. Koło północy poszliśmy wszyscy do klubu festiwalowego, gdzie odbywało się 'silent disco'. 
'Co to jest silent disco?' - zapytacie.
Już mówię. Polega to na tym, że każdy z gości dostaje swoją parę bezprzewodowych słuchawek, każde słuchawki mają ustawienie głośności i trzy kanały. Jest trzech DJów, którzy grają muzykę life, ale w klubie jest cicho. Każdy tańczy do tego co sobie sam ustawi. 
Dziwne to było, ale dość ciekawe. Tłum ludzi, tańczących do innych utworów (i styli, bo na jedynce była muzyka polska, raczej rockowa, na dwójce - pop, a na trójce - techno), a najlepsze było jak ludzie zaczynali śpiewać, każdy coś innego. Komedia!
W czasie tańca ludzie pokazywali sobie na palcach 'jeden', 'dwa', 'trzy'. 

Do pensjonatu wróciłyśmy jakoś koło piątej. Drogą, nie wąwozem.
Padłyśmy do łóżka i... zaczęłam jeść pierniki. Z piernikiem w ustach zasnęłam szczęśliwa. Ola zasnęła szybciej.
Rano/po południu/wieczorem obudziłyśmy się w stanie... no jakby to powiedzieć? KACA!!!
Olę podobno obudziło moje burczenie w brzuchu.

Pierwsza rzecz jaka rzuciła mi się o oczy to ten oto obraz, który wisiał na ścianie:

Maryjka, która ma odbyt zamiast ust, i jakieś dziwne oczy.
Przez godzinę obkminiałyśmy co jeszcze jest nie tak z tym obrazem, po czym włączyłyśmy telewizor.
Cały dzień opierdzielałyśmy się, a z łóżka wychodziłyśmy tylko na rolkę i po jedzenie. Wieczorem się  jednak ogarnęłyśmy i poszłyśmy na rynek, myśląc: na rynku na pewno będzie Mak... bardzo się myliłyśmy. Ale był pan malarz, który narysował Johnnego Deppa i podrywał Olę. Spotkałyśmy się z Piotrkiem i pojechaliśmy razem do restauracji hotelowej, jakąś drogą pod górę. Była to impreza zamykająca festiwal.
Wszystkie gwiazdy i gwiazdeczki, oprócz ekipy Yumy, którą reprezentował tylko Piotrek, tam były. 
Jednak my jako FC Yuma się wyalienowaliśmy, zabraliśmy trochę jedzenia, wina i poszliśmy na plac zabaw (był tam stolik, leżaczki, hamak i huśtawki). Pogadaliśmy, pośmialiśmy się i odbieraliśmy z beztroską ciskane w nas spojrzenia zazdrośników, którzy zachowywali się bardzo oficjalnie. Później Ola położyła się na hamaku, ja usiadłam na huśtawce i zaczęłyśmy sobie śpiewać 'plus i minus' (K44).


 

Piotrek cyknął nam parę fotek i pojechaliśmy znów do klubu festiwalowego na 'silent disco'. Było całkiem fajnie, ale ekipa się zmieniła. Zamiast aktorów, reżyserów, gwiazd telewizyjnych i takich tam, była masa festiwalowiczów. 
Kolejny raz poszłyśmy spać nad ranem.

Następnego dnia wracałyśmy już z Piotrkiem do Warszawy. Tam miałyśmy małą przerwę, by spotkać się ze znajomym-nieznajomym i dalej w drogę, tym razem już do domu.
Oczywiście umierałyśmy z głodu ;p


Kilka dni przerwy w domu i...
kolejna wyprawa FC Yumy.

Następny przystanek Krosno Odrzańskie.


Pojechałyśmy pociągiem, więc nie obyło się bez...jedzenia,


 

spania,




wygłupów



i chwil kontemplacji.


Na miejscu, zadomowiłyśmy się w hoteliku z przepysznym jedzeniem, którego właściciel wrócił z wakacji specjalnie dla nas, FC Yumy.
Dla Filmu, Krosno Odrzańskie i jego przed-premiera filmu było bardzo ważne, gdyż to tu kręcona była większość scen, to tu jumacze działali i działają, to tu rozgrywały się sceny jak z filmu.

a zresztą co ja tu będę dużo pisać wklejam gotowca (napisałam to wracając pociągiem z Krosna ;p )

YUMA U ŹRÓDŁA

Dnia 8 sierpnia 2012 o godzinie 18.00 w Krośnie Odrzańskim odbyła się prapremiera filmu „Yuma”, reżyserii Piotra Mularuka. Wcześniej tego samego dnia, miały miejsce dwa spotkania z twórcą (godz 13.00 i 16.00). Piotr Mularuk odpowiadał na pytania mieszkańców Krosna i przyjezdnych gości, a także wyjawił im pewne sekrety filmu. Okoliczni byli bardzo ciekawi dlaczego reżyser wybrał akurat ich miasteczko do nakręcenia Yumy. Pan Piotr wyjaśnił, że to ze względu na malownicze skarpy, śliczny 'wąwóz', urokliwe uliczki i magiczną wręcz urodę terenów nadrzecznych. Miejsca idealnie wpasowały się w klimat filmu.

Na spotkaniach atmosfera była dość dziwna. Ludzie z jednej strony cieszyli się, że ktoś zainteresował się ich życiem i pozwolił im uczestniczyć w czymś nowym i interesującym (wielu mieszkańców przychodziło na plan, statystowali, pomagali, opowiadali swoje przeżycia z czasów jumy), z drugiej jednak obawiali się tego w jaki sposób zostaną przedstawieni w filmie. 

Na drugim spotkaniu (godz 16.00) doszło nawet do nerwowej sceny, gdy młody mężczyzna zaczął się zachowywać w sposób niegrzeczny, mianowicie przerywał artyście w pół słowa i wyrażał swoje opinie o jumaniu i tego „jak to było naprawdę”. Reżyser wybrnął jednak perfekcyjnie z trudnej sytuacji. Problemem młodego mężczyzny zdawał się być fakt, że film opowiada historię bardzo mu bliską, historię jego zmarłego kumpla. Wtedy Pan Piotr postanowił wyjaśnić wszystkim pewną kwestię.

„Postaci są zbudowane z wielu osób i ich historii, nie jest to jeden konkretny człowiek. To nie jest kalka. Bardzo dużo sytuacji jest wymyślonych. Prawie wszystko jest fikcją, choć niektóre myśli są zapożyczone.” 

Pan Piotr poprosił również ludzi, by nie brali jego filmu do siebie, by po prostu obejrzeli go tak jak oglądają jakikolwiek inny film w kinie (np. Jamesa Bonda). Atmosfera trochę się po tej wypowiedzi rozluźniła i kolega 'dres' przestał się udzielać. Wszyscy odetchnęli z ulgą.

Przed 18.00, gdy spotkanie dobiegło końca, ludzie udali się do kina. Wszystkie miejsca, co do jednego, były zajęte, a przed wejściem tłoczyli się ci, którzy mieli jeszcze nadzieję kupić bilety. 
Na chwilę przed seansem Piotr Mularuk zaprosił gości (a była wśród nich śmietanka towarzyska, m.in. burmistrz Krosna – pan Marek Cebula) na projekcję Yumy.
Zapadła cisza, wszyscy czekali w skupieniu i film się zaczął. Ze starych głośników popłynęły pierwsze dźwięki, stary projektor rzucił światło na stary ekran. Ludzie westchnęli, pewnie przypomniały im się czasy świetności tego nieczynnego już od ośmiu lat kina, czasy ich młodości, czasy jumy. Publiczność reagowała na film bardzo entuzjastycznie. Były fale śmiechów i wzruszeń, chwile grozy i zachwytów. Faktem jest, że ludzie reagowali czasami w innych momentach niż ci na festiwalu Dwa Brzegi, w Kazimierzu Dolnym, czy na premierze w Warszawie, ale ogólnie film się bardzo wszystkim podobał. Został nagrodzony burzą oklasków, a ludzie podchodzili po projekcji do reżysera ze łzami w oczach, dziękowali i mówili:

„To nie fikcja, tak było naprawdę. Sam/sama byłem/łam na granicy i widziałem/łam takie akcje!”.

Pokaz, który był jednym z ważniejszych, jeśli nie najważniejszym (bo twórca wrócił do źródła) wypadł wyśmienicie. Jumacze i ludzie pamiętający jumę zgodnie stwierdzili: 

„Super film! Tak było.”






Burmistrz  Krosna Odrzańskiego i reż. Yumy
przed kinem, w którym odbyła się przed premiera.

Po premierze, my (jako FC Yuma) i burmistrzowie z obstawą udaliśmy się do naszego hotelu na oficjalną kolację i mniej oficjalne picie. Jedzenie było wyśmienite. Alkohol wyborny. Towarzystwo doborowe. Imprezka całkiem przyjemna. Koło pierwszej wszyscy się zmyli, a my zwinęliśmy kilka butelek winka i uciekliśmy na 'imprezę na strychu'. Piliśmy jakoś do czwartej, po czym poczołgaliśmy się, każdy do swojego łóżka. Rano w planach mieliśmy zwiedzanie.

Wstaliśmy skoro świt (jakoś po dziewiątej) i po szybkim śniadanku udaliśmy się 'Śladami Zygi'.

balkon Majki

klatka schodowa w domu Majki




scena z Adaśkami i dżinsami


prowadzenie Niemca przez Zygę i Bajadere

podwórko i okno Zygi, scena z czerwonym kabrioletem

cukiernia Zygi (to żółte po lewej)

scena: Zyga, Ernest i Opat

kościół, który pojawia się w wielu scenach

Adaś (w czerwonej koszulce), wierny pomocnik przy kręceniu filmu.
- 'Spierdalać! Nie będzie mi tu żaden Niemiec jeździł!' - powiedział chłopiec widząc samochód na niemieckich numerach. Mnie i Olę zamurowało. Piotrek akurat rozmawiał przez telefon, który cały dzień dzwonił. Cały. K*rwa. Dzień. Bez. Przerwy.
(A to gratulacje. A to powiadomienia o recenzjach, które wyszły. A to więcej gratulacji. A to informacje o spotkaniach. A to jeszcze coś tam.)

dom Zygi, widok z ulicy


bar 'Bocian'

hotel, w którym mieszkała ekipa, kręcąc film.

W tle widać tereny, gdzie była kręcona scena jak Zyga jedzie na rowerze (scena otwierająca film).


Inne zdjęcia z Krosna:


 






garaż z wyciętych scen (tu miał być warsztat Młota)








Nasze sweet bileciki:

Plakat, już we Wrocławiu.