sobota, 24 lipca 2010

energetyczne zagadnienie zycia


..i wyszlam po cichutku zamykajac drzwi. Zakladam, że nawet sie nie zorientowal, że mnie juz nie zobaczy. Tak to juz jest z egoistami. Całkowicie zapatrzeni w siebie, nie dostrzegaja rzeczywistosci dookola. No coz zanim zauwazy, mnie juz na dobre nie bedzie.
Tyle marzylam o romantycznej historii z wampirem, az w koncu ja dostalam.
Bylo romantycznie, tragicznie i byl wampir. Co prawda nie basniowy krwiopijca, ale jak najbardziej wampir. Energetyczny wampir. Dalam mu czesc siebie, ale wciaz bylo mu malo. Bral coraz wiecej i wiecej i sycac sie tym do pelna nie zauwazyl jak zaczelam powolutku odpelzac na bok. Jak znalazlam sie przy drzwiach. I stamtad bylo juz z gorki. Wystarczylo wstac nacisnac na klamke (drzwi byly otwarte, bo przeciez nie podejrzewal, ze bylabym tak zdeterminowana w walce o wlasne szczescie by uciekac) i wyjsc. Zastanawiam sie kiedy i czy zorientuje sie, ze zostal sam. Jak on sobie poradzi bez tak niezbednej energii? Moze umrze z glodu nie przyjmujac do wiadomosci, ze mu posilek uciekl? Teraz to juz nie moj problem. Jestem wolna i bede szukac szczescia i spokoju ducha.
Mi sie udalo w walce o wlasne zycie. I jestem szczesliwa, ze w koncu sobie uswiadomilam, ze jestem w pulapce. Bo tak to z wampirami jest. W glowie ma sie mysl, ze jest sie szczesliwym, bedac w dolku praktycznie bez przerwy. Teraz trudno bedzie po odstawieniu tego narkotyku (jakim bez watpienia jest wampir) ale dam sobie rade. Moze byc tylko lepiej.





Mam do was moi kochani czytelnicy maly apel:
Strzezcie sie wampirow i za wszelka cene nie pozwolcie sie omamic
Od tego zalezy wasze szczescie.

piątek, 23 lipca 2010

pewnej pieknej (za)pelnionej ksiezycowej nocy...

Pewnej pieknej (za)pelnionej, ksiezycowej nocy, bo takie wlasnie sa noce w opowiadniach, usiadlam i plakalam. Niby wszystko jest w porzadku, ale cos nie jest. Niby wszyscy dookola sie usmiechaja, ale nie sa szczesliwi. Niby tak wlasnie chcialam, ale nie tak. Niby nigdy nie placze, ale placze. Niby noc byla 'piekna (za)pelniona ksiezycowa', ale taka nie byla. Niby w kolo tyle ludzi i przedmiotow, ale ja sie czuje jakbym lewitowala w niekonczacej sie prozni. I niby nie wiem dlaczego tak jest, ale tak naprawde wiem doskonale.
Mam wszystko co wiekszosc ludzi najbardziej ceni. Mam wspanialych rodzicow, przyjaciol, robie to co, powiedzmy, chcialam robic, mam chlopaka..
I w tym momencie wlasnie sprawy sie komplikuja. Nie wiem czy to chodzi o mnie, czy o niego. Moze winna jest 'roznica kulturowa', ale nie specjalnie bym sie na tym opierala. Brakuje mi takiego bezgranicznego zaufania w tym zwiazku. On jest cholernie wrecz zazdrosny, a ja mu nie do konca ufam jesli chodzi o jego uczucia, ciagle szukam jakichs ukrytych powodow, zamiarow. I czasami brakuje mi szacunku z jego strony. Na codzien jest ok, ale czesto jest tak, ze mamy spiecia. Najpierw male, pozniej coraz wieksze i wieksze az nastepuje moment wielkiej burzy z calym asorytmentem grzmotow i blyskawic.. nastepnie na jakis czas jest cicho. A pozniej wszystko zaczyna sie od nowa. Jestem juz tym wszystkim tak zmeczona, ze nie mam sily na nic innego. Od niedawna zastanawiam sie czy jeszcze warto walczyc.. moze po prostu lepiej byloby olac to wszystko i zanurzyc sie w moj muzyczny swiat. Oczywiscie bedzie bol, tesknota i poczucie pustki, ale to minie. A zanim minie znow bedzie czas regeneracji, ktory tak lubie. To taki artystyczny okres kiedy wena nie odstepuje na krok. Mam wtedy tyle czasu dla siebie (bo nagle nie trace kilku-kilkunastu godzin na rozmowy, zabawe, czulosci i milczenie razem).




No ale, bo zawsze jakies 'ale' jest, pozniej znow zacznie sie szukanie partnera, bo tak naprawde nie ma samotnikow z wyboru i kazdy zdrowy czlowiek dazy do znalezienia swojej drugiej polowki, a kazdy nastepny zwiazek moze skonczyc sie tak samo. Oczywiscie uczymy sie na bledach i bedziemy sie starali ich unikac w kazdym nastepnym, ale za ktorym razem stracimy pewnosc ze 'to juz na zawsze' i kiedy nie przestaniemy do tego podchodzic powaznie? Za ktorym razem stwierdzimy 'jak nie ten to inny, zobaczymy tydzien, miesiac czy rok'. Nasze spoleczenstwo jest coraz bardziej zagubione, bo zatarly sie najwazniejsze wartosci. Teraz nie licza sie juz tak bardzo milosc, stabilnosc, rodzina. Czasy sie zmieniaja, a my zamiast isc w gore po drabinie szczescia zsuwamy sie w dol. Bo tak naprawde, zamiast troche wysilku wlozyc w zwiazek i jego odbudowe, bo wiadomo kazdemu zdarzaja sie gorsze chwile, to marnujemy energie na odbudowe siebie po 'nieudanym' zwiazku, a pozniej zaczynamy wszystko od nowa z kims innym. Jaki w tym sens?
Ano taki, ze w pewnym momencie jestesmy tak bardzo oslabieni walka, ze nie mamy sily walczyc ani o zwiazek ani o siebie. Potrzebujemy wtedy czasu na regeneracje, a pozniej jest juz za pozno na ratowanie zwiazku. I nie widzimy juz sensu. Bo jaki jest sens biegniecia pod wiatr, gdy z nawietrzna mozemy dotrzec duzo szybciej do celu? Jaki jest sens brnac znow w to co okazalo sie 'trudne', gdy poznajac nowa droge moze ona okazac sie duzo lepsza?
Nie wiem. Jestem zagubiona i bezradna. Znow poddaje sie zyciu i spycha mnie ono gdzies na pobocze. Na razie dalam mu kolejna 'ostatnia' szanse, ale nie wierze, by cos sie zmienilo. Moze na miesiac, dwa, a pozniej i tak bedzie to samo. Ale tym razem sam to powiedzial 'Jak sie nie zmienie, to bedzie to koniec' no i ja sie zgodzilam. Na moich warunkach, ale znow dalam za wygrana w pewnym sensie. Milosc jest naprawde glucha, slepa i glupia, a przynajmniej takimi nas robi.
I jeszcze jedno. Jak wybrac droge, skoro zarosla juz trawa i jej nawet nie widac?
Spacer na przelaj nie jest chyba najlepszym rozwiazaniem.
Nie wiem co robic, zobacze co przyniesie mi jutro. Mam tylko nadzieje, ze nie bedzie w nim za duzo bolu, bo na sama mysl sciska mnie w sercu.
A moze to znow czas, by zamienic sie w krolowa lodu?