wtorek, 18 grudnia 2018

stalówka

OMG! Zrobiłam to! Nie wierzyłam, że taki dzień mógłby kiedykolwiek nadejść... and now we're here. Jak zwykle poszłam do sklepu po mięso na zupę. Jak zwykle kupiłam mięso z uda indyka i nogi kurczaka. Jak zwykle wróciłam do domu i położyłam je koło zlewu. Przygotowałam wszystko jak zwykle do umycia, poporcjowania i spakowania do zamrażarki. Blah! Jak o tym myślę to mam ochotę wykąpać się w kwasie. Podczas mycia zauważyłam, że oprócz normalnych obrzydliwych skórek, które zmywam i zaschniętych kropelek krwi z naczyń krwionośnych, były kawałki piór pod skórą. 
Ja rozumiem, że to normalne, że to się zdarza, że czasami tak jest. 
Ja robiłam różne obrzydliwe rzeczy w życiu, jak wkładanie obcym ludziom palec w d. 
Ja wiem.
Dla mnie wyciąganie tych piór to było najobrzydliwsze co w życiu zrobiłam i cała czuję się zgwałcona po tej czynności. Przez te kilka minut (ręce mi się trzęsły, z mózgu odpłynęła krew) kiedy to robiłam - najpierw palcami, później pęsetą - które ciągnęły się jak wieczność, przez te kilka minut myślałam o najróżniejszych rzeczach  - nad sensem istnienia, nad ulotnością życia wszelakiego, nad tymi kurczakami... a nawet o zostaniu wegetarianką. JA! WEGETARIANKĄ! TRA-GE-DIA.

Faktem jednak pozostaje, że przez najbliższe kilka lat pewnie nie będę w stanie zbliżyć się do drobiowych skór.

Brrrr!

[To się pośmialiśmy]

sobota, 24 listopada 2018

dwa dni

Są dni kiedy budzę się wypoczęta, budzona śpiewem ptaków za oknem, dzieci się do mnie tulą uśmiechnięte, później wstajemy, szybko je myję i ubieram, mała pomaga mi zrobić śniadanie, miesza jajecznicę, później jemy, sprzątam po śniadaniu, mała pomaga mi włączyć zmywarkę, nastawiam zupę - młoda się bawi, mały skacze w skoczku, nastawiamy z młodą pranie, piję kawę, czytamy książki, uczymy się, idziemy na spacer, na plac zabaw albo na wał, do piekarni, do sklepu - młoda jest grzeczna, chodzi za rękę, słucha, pyta, opowiadam jej o wszystkim co widzimy, machamy do samolotów, naśladujemy samochody, oglądamy ptaki. Później wracamy na chwilę do domu - po szybko zagrzaną i zmiksowaną zupę (w butelce), wrzucam pranie do suszarki i szybko karmię młodego, młoda w tym czasie ogląda książkę. Później idziemy jeszcze na chwilę się przejść żeby dzieci zasnęły. Po powrocie szybko nastawiam obiad i mam prawie dwie godziny dla siebie. Dzieci wstają, karmię młodego, później z młodą jemy obiad - każdy swój, ona wszystko pięknie zjada ze smakiem i chce dokładkę. Po obiedzie młoda się bawi, młody ogląda karuzelę w kołysce i zasypia, ja sprzątam po obiedzie, układam czyste rzeczy do szaf i znów chwilę się bawię z młodą. Później ona bawi się sama, ogląda książeczki. Czasami przychodzi do mnie i ciągnie mnie za rękę rozkosznie się uśmiechając, żebym dała jej inne pudełko z zabawkami. Te wcześniejsze są wrzucone do pudełka i czekają na odstawienie. Książeczki są poukładane na półce - widać to po tym, że niektóre są włożone grzbietami do przodu, albo bokiem. Uśmiecham się wiedząc, że się bardzo stara. Wiem ile trudu ją to kosztuje, bo nie do końca ogarnia jeszcze przesuwanie tych na półce jedną ręką, gdy wkłada następną na półkę. Książek ma bardzo dużo, bo od małego jej czytamy i to uwielbia. Później chwilę bawimy się razem - "gotujemy", układamy klocki, robimy zwierzakom karuzelę itp. Daję jej owoce lub jogurt. Zjada wszystko ładnie i mówi: "mniam". Chce się podzielić i próbuje mnie karmić. Później bawi się sama. Młody się budzi i gaworzy. Fajnie się tego słucha i z nim "gada". Karmię go. Pod wieczór je trochę częściej. Z młodą jemy kolację. Później kąpię dzieciaki. Młoda w wanience, młody w wiadrze. Ona się sama myje i pluska, on rozkosznie uśmiecha i odkrywa swoje dłonie. Najpierw myję i wyciągam młodego. Wycieram, kremuję, masuję, pudruję, myję dziąsła, wycieram uszy, czyszczę nos, czeszę, i ubieram go w pidżamę. Wkładam go do skoczka, a on śmieje się i skacze. Wracam do młodej. Myję ją, wycieram, kremuję, masuję, myjemy zęby, wycieramy uszy, czyścimy nos, chcę ją ubrać w pidżamę i uczesać, ale ona chce sama i próbuje - z moją pomocą jej wychodzi. Przy okazji bawimy się w głupie miny i zgadywanie dźwięków zwierząt. Teraz młoda może chwilę pooglądać bajki. Ja w tym czasie bawię się z młodym. Kładę go w bujaku i szybko odkurzam. Później karmię go i kładę spać. Potem kolej małej. Robię jej kaszkę i kładę ją spać - opowiadam bajkę, śpiewam kołysanki,a ona pije kaszkę i zasypia. Teraz ja mogę się ogarnąć i znów mieć chwilę dla siebie. Wraca mąż i możemy sobie coś obejrzeć dla rozluźnienia.

Takie dni się zdarzają. Przynajmniej częściowo.

Są też takie dni, gdy budzę się ledwo żywa, bo w nocy młody dużo razy się budził i jadł, młoda źle spała, więc się przytulała i rzucała. Mąż już dawno w pracy, dzieci od rana jęczą. Młoda i jej pościel są obsikane, bo pampers przeciekł, młody wszystko obrzygał, więc nasza pościel też jest do prania, młoda nie chce się umyć i ubrać - wierzga, więc zajmuje nam to 3 razy więcej czasu niż zwykle, młody na szczęście nie walczy jeszcze. Nastawiam pierwsze pranie. Zapieram rzygi. Młody w skoczku - robię śniadanie. Młody płacze. Wyciągam go ze skoczka i noszę. Każda próba położenia kończy się wrzaskiem jakby go do wrzątku wkładać. No nic, młoda musi coś zjeść. Kładę młodego, on się drze. Młoda przychodzi i się drze. Sadzam ją na płycie i robimy razem jajecznicę. W tym samym czasie robię jej kanapkę z masłem i gotuję parówkę. Młoda chce mieszać jajecznicę. Młoda się drze. Jajecznica się przypala. Młody dalej się drze. Gotowe. Sadzam młodą do krzesełka, podaję jej jajecznicę, chleb z masłem, ugotowaną parówkę, pokrojoną w plasterki i widelczyk. Piję w pośpiechu szklankę wody. Biegnę do młodego, który już kaszle ze złości. Daję mu "cyca". Jest cisza. Mała rozwala jajecznicę krzycząc "fuj!", jajecznica jest na ubraniu, we włosach, na podłodze i na krzesełku. Karmię młodego więc trudno, później to posprzątam. Je parówkę. Uff! A nie. Zjadła dwa plasterki i już nie chce. Bierze do ręki chleb z masłem i krzyczy: "NIE!". Wstaję, dalej karmiąc i daję jej kromkę chleba z zamrażarki ("mówimy na to "mroźny chlebek" - mąż kiedyś jej taki dał i jej posmakował). Gryzie ze smakiem trzy razy i odkłada. "Nie."
Odkładam małego - zaczyna się drzeć i szybko wyciągam ją z krzesełka i myję ręce i buzię. Jest cała w jajkach. Ściągam jej koszulkę i niosę do łazienki. Wciskam jej na siłę czystą koszulkę, brudną rzucam na zlew i pędzę do małego. Puszczam małą, od razu biegnie siać chaos. Śniadania już nie zje. Przerabiałyśmy to. Jak ma zły dzień to nic nie da gotowanie jej kaszek, wciskanie banana, jogurtu, naleśników, jajka na twardo... Później zostaje tylko ogromny syf i pełno jedzenia, które ląduje w koszu. Trudno. Rozumiem, że czasami każdy ma dzień głodniaka. Biorę małego i kończę go karmić. Patrzę na kuchnię i chce mi się płakać. Nawet nie zdążyłam zalać kawy. No i ten syf. Jak skończę karmić to posprzątam. Figa. Skończył jeść i gaworzy, ale nie da się położyć. Młoda ciągnie mnie za rękę, żebym dała jej zabawki. Idę, z młodym w drugiej ręce. Na podłodze jest dywan z książeczek, klocków, pluszaków, koców, poduszek i małych zwierzaków. Mówię: "posprzątaj". "DAJDAJDAJ!" "Nie".
Klękam z młodym w jednej ręce i mówiąc: "Pomogę ci posprzątać" Zaczynam wrzucać zabawki do pudełka, koce do kosza, poduchy na kanapę, książeczki układać na stos, by później odłożyć je na półkę. Młoda podbiega i zaczyna wszystko rozwalać. Odchodzę, a ona się znów drze. Trudno.Teraz może posprzątam w kuchni, łazience, nastawię pranie i coś zjem. Figa. Wchodzi mi pod nogi, ciągnie mnie... przewraca się i siada na dupsku. Mam wyrzuty sumienia. Przytulam ją i próbuję uspokoić Drze mi się do ucha. Odkładam małego i przytulam małą. Uspokaja się, on za to się drze. Odstawiam ją na ziemię i biorę małego. Mała ciągnie mnie za rękę. Mam się z nią bawić. Mówię: "za chwilę" i czuję się jak chujowa matka. Poprawiam się: " chodź pomóż mi nastawić pranie". Normalnie by poszła i pomogła, ale już wiem jaka będzie reakcja: "NIE!!!". Płacz. Idę z małym w ręku, mała ciągnie mnie za nogawkę w drugą stronę, ja wlekę się pomału, żeby się nie przewróciła, do celu, który jest 2 m ode mnie, a jakby nieosiągalny. Kładę młodego na przewijak i szybko wrzucam rzeczy i proszek do prania. Punkt dla mnie!
Idziemy do kuchni. Młoda dalej krzyczy: "MAMO! MAMO!" i ciągnie mnie za nogawkę, młody na ręku. DOBRA! IDZIEMY SIĘ BAWIĆ!
"Chcesz żebym ci poczytała?" "NIE" "Co chcesz robić?" Pokazuje na telewizor."Przecież wiesz, że telewizor oglądasz tylko wieczorem." Płacz. Siadam zrezygnowana na kanapie, z młodym który zaczął jęczeć, bo przecież z nim trzeba chodzić. Zaraz ja zacznę płakać. Muszę wypić kawę, inaczej zwariuję. Daję małej polecenie, żeby sobie poszła. "Chujowa matka". Szukam czajnika. Ale syf! "Chujowa pani domu". Kawa! 5 min i można pić. To ogarnę kuchnię... jedną ręką? Może skoczek. Skoczek... uff nie płacze. Zaczynam sprzątać kuchnię. "Mamo! Mamo!"
"Słucham?" Ciągnie mnie za rękę i pokazuje przed siebie. Idę za nią. Pokazuje, że mam usiąść i się bawić. Zrezygnowana siadam. Kawa "pika" - jest gotowa. Próbuję zrozumieć zasady gry, ale bez skutku. Cokolwiek zrobię młoda płacze. Mały sapie. Idę po niego i w trójkę siedzimy na podłodze. Młoda widzi, że mam go na kolanach i zaczyna go spychać, żeby sama mogła tam usiąść. Tłumaczę. Robi smutna minę. "Chujowa matka". Robię jej miejsce i oboje na mnie siedzą. Mała jeszcze trochę się rozpycha, ale już jest lepiej. "Idziemy na spacer?". "Nie!" Idziemy - już i tak jesteśmy spóźnieni i niedługo będzie ciemno. Zapewne będę żałować tego wyjścia. Ubranie młodego idzie sprawnie, młoda znowu wariuje i ucieka. Ubrani. A nie, jeszcze buty. Złapałam, ubieram wrzask "nienienie" i pokazuje na letnie sandały. Na dworze 4 stopnie. "Nie". Ja zakładam jednego buta, ona wierzga i ściąga drugiego. W końcu mówię, jej że zostanie w domu. Myśli, ale stwierdza, że jednak pójdzie. Mały zasypia zanim jeszcze wyjdziemy. Mała cały czas mi ucieka i co chwilę przystaje przy jakimś płocie żeby popróbować czy tym razem może włożyć dłonie przez kraty do jakiegoś psa, kota lub kury. Wkurzona wkładam ją na siłę do wózka i przypinam pasami. Wrzask. Dostała butelkę - cisza. Uff. Idziemy szybkim krokiem kawałek, ale po chwili ja już nie mam siły. Byliśmy na dworze 10 minut. Myślę tylko o tym śniadaniu, którego chyba sobie nawet nie zrobiłam, ale przecież mam pełno śniadania młodej. No i zimną już dawno kawę. Małej przeciekł pampers. Teraz i tak już musimy wrócić do domu. Mały się budzi przy furtce. No to po spaniu. Przebieram małą, młody się drze leżąc jeszcze w wózku. No dobra. Zupa? Nie ma zupy, przecież nie zdążyłam ugotować. Robię małej bananowy koktajl z ciepłym mlekiem, miodem i jagodami. Trochę kalorii i witamin. Kładę ją na kanapie pod kocem i daję butelkę. Może zaśnie to zrobię obiad i ogarnę. Pije. Idę po małego. Rozbieram go i idę przebrać pampersa. Cały się obkupał. Myję go, przebieram, smaruję i zapieram ubrania i pokrowiec przewijaka. Piję zimną kawę w kilku łykach i karmię młodego. W trakcie karmienia połykam wyschnięte śniadanie młodej. Popijam wodą, bo trochę mi stanęło w gardle. Młoda rzuca butelkę na ziemię, a resztka koktajlu z jagodami rozbryzguje się po podłodze. Zajebiście! Młody dalej je, wstaję i rzucam na to chusteczkę, nogą wycieram i kopię chusteczkę pod stół. Jak skończę karmić to ją podniosę. Młoda idzie się bawić. Młoda wraca i zaczyna mnie ciągnąć. Młody akurat skończył jeść.
"Będziemy czytać bajkę" mówię. "Baja!" znów zaczyna pokazywać na telewizor. "Ćwir! Ćwir!" "Nie oglądamy bajek w dzień." Biorę książeczkę. Pucio. Normalnie bardzo ją lubi, ale dziś nie chce nawet na nią patrzeć. Zaczynam czytać małemu. Mała siada obok i coś tam słucha. ale po chwili zaczyna przewracać strony zanim zdążę przeczytać i bardzo się złości. Powinna już dawno spać. Mały ulał. W mleku jest wszystko. On, ja, kanapa. Dobrze, że książkę zdążyłam odłożyć. Idę do łazienki, kładę go na przewijaku, ściągam brudne ubrania najpierw sobie, później myję dłonie i rozbieram jego. Myję i ubieram go w czyste ubranie i idę po coś dla siebie. Gdy wracam jest znowu cały obrzygany. Rozbieram, myję, przebieram, myję ręce, ściągam pokrowiec przewijaka i wszystko szybko zapieram.
Idziemy do pokoju. Mała stoi i patrzy na misia. Oczy ma małe, widać, że ledwo je trzyma otwarte. "Połóż się i spróbuj zasnąć, jesteś bardzo zmęczona" mówię. Kładzie się, ja siadam koło niej. Śpiewam cały repertuar kołysanek, głaskam, przytulam. Co chwilę zamyka oczy jakby już miała zasnąć, po czym rozbudza się i zaczyna śmiać. Po półtorej godziny mam dość. Włączam jej bajkę. Karmię małego oglądając przygody maskonurów. On zasypia. Odkładam go do kołyski. Chwilę mi ręce odpoczną. Idę do łazienki przerzucić pranie do suszarki i nastawić drugie. Wkładam naczynia ze zlewu do zmywarki, oprócz teflonowego garnka po parówce i patelni po jajecznicy. Włączam zmywarkę. Sprzątam śniadanie z podłogi i krzesełka, zapieram plamy na ubraniach, sprzątam zabawki, książeczki, koce, poduszki i całą resztę syfu. Drugi punkt dla mnie. Patrzę na młodą. Ogląda bajki już z godzinę. "Chujowa matka". Nie byłam dziś z sklepie, więc nie będzie jutro szynki dla męża do kanapek. Może szybko skoczę, sklep jest po drugiej stronie ulicy. Za 5 min będę z powrotem. Yhy, a sąsiedzi zadzwonią po policję, albo młoda wetknie młodemu palec do oka. Trudno, nie będzie szynki, bo z nimi nie dam  rady pójść. "Chujowa żona". Nie zdążę z 3 praniami dziś. "Chujowa pani domu". "PIKPIK". Pranie suche. Rozkładam pranie. Idę pościelić łóżka dzieci. Młody się obudził. "PIKPIK". Pranie się wyprało. Wrzucam do suszarki i nastawiam 3 pranie. Może jakoś się uda! Położę młodego, poodkurzam szybko, umyję patelnie i przetrę blaty. Młody do skoczka. Płacze. Młody na koc. Płacze. Młody na ręce. Cisza. Siadam na kanapie. Ledwo żyję. Jest względny porządek. Dzieci są cicho. Dwa prania prawie skończone. Fuck! Jedzienie. Młoda powinna coś zjeść. Co mam do jedzenia? Nic. Telefon do mamy. "Hej! Masz coś na obiad? Nie? Ok, jasne."
Gotuję ryż. Podaję ryż z masłem. I tak sosu by nie zjadła. Mała zajada ryż... zjadła z pół porcji. Daję jej trochę jabłka. Zjadła.
Punkt dla mnie.
Wyciągam pranie z suszarki i układam. Młody w bujaku patrzy jak się pranie pierze. Biorę go ze sobą na górę i ścielę łóżko. Schodzimy. Fuck! Już tak późno. Kąpię w pośpiechu młodego, smaruję kremem, myję dziąsła, czeszę i ubieram w pidżamę. Daję jeść i kładę do łóżeczka. Nie chce spać. Pranie do suszarki. Młody się drze w bujaku, w tym czasie szybko myję i przebieram młodą. Robię jej mleko i kładę spać. Śpiewam kołysankę i prawie zasypia... Młody zaczyna się drzeć. Młoda się rozbudza. Daję mu cyca. Śpi.  Przytulam młodą i nucę kołysankę. Zasypia. Młody się budzi. Młody po 40 min zabawy w odkładanie i branie na ręce w końcu zasypia. Jest 1:00.
Schodzę na dół, padam na kanapę i patrzę w wyłączony telewizor. Dociera do mnie, że patrzę w wyłączony telewizor. Powinnam się wykąpać. Muszę chwilkę odpocząć. "PIKPIKPIK" Suszarka.
 Jebać ją. Zrobię to rano.
Biorę do ręki telefon i wchodzę na instagrama. Może jakieś śmieszne obrazki poprawią mi humor. Reklama, ptaki, ptaki, ptaki... przecież ja nawet nie lubię ptaków. O, 9gag i jakieś głupoty. Piosenka - oglądam jak ktoś śpiewa, bez dźwięku, bo nie chcę dzieci obudzić. Oh, how fun. Koleżanka w ciąży, druga na wakacjach w Hiszpanii z mężem, trzecia na koncercie, na którym chciałabym być. Zamykam instagram. Otwieram facebooka. "Pomóż i udostępnij", "Wyślij to 10 osobom, a...", reklama, dziecko z nowotworem, przemoc w 3 świecie, głód, wojna, polityczne przepychanki, smog w gminie...
Trzask!
O, mąż wrócił z pracy.
"Jak dzień?" "Chujowo, a twój?" "Dzisiaj programowaliśmy blablabla i był dzień owocowy, więc dali nam owoce i blablabla (...). Mam nadzieję, że mnie nie wyjebią..."
"Idę się kąpać."
W łazience na zlewie sterta zapranych ubrań. W suszarce suche pranie. W koszu na pranie masa prania. Jak to jest możliwe?! Odsuwam ubrania i myję zęby. Biorę prysznic i zastanawiam się czy myłam już zęby. Ubieram się w pidżamę i kładę się spać. Nie mogę zasnąć. Myślę o wojnie, nowotworach i liście rzeczy do zrobienia jutro. Mąż już śpi. Ja zasnę gdzieś za godzinę, jak już nakarmię młodego, który zdąży się obudzić głodny.

Oczywiście większość dni jest normalna, dzieci są grzeczne, dom posprzątany, zakupy zrobione, pranie się nie piętrzy i nawet zdążę zajrzeć na dwie-trzy godziny do książek. Ale cały czas czuję, że brakuje mi doby. Chciałabym więcej czasu poświęcić każdemu z dzieci, chciałabym więcej mieć czasu na naukę, chciałabym robić lepsze obiady i nie musieć prosić mamy o pomoc przy dzieciach - bo uczę się głównie jak są z nią lub śpią. Chciałabym mieć idealny, czysty dom i mieć czas dla męża.
Pocieszam się, że niedługo oba szkraby podrosną i będą bardziej samodzielne i mądre. Będzie im można wytłumaczyć różne rzeczy. Teraz jest najważniejszy czas by rozwinąć w nich odpowiednie nawyki i pomóc im rozwinąć mózg w konkretnych kierunkach. Słuchamy muzyki, uczymy się literek, cyferek, kolorów, tańczymy, śpiewamy, ćwiczymy równowagę, poznajemy nowe smaki, słuchamy innych języków. Mimo to czuję, że to nie wystarczy. Że powinnam więcej.

Matką być.

niedziela, 18 listopada 2018

That moment...

...when I go to bed wearing just my underwear and my feet become ice cold within minutes - this is the moment I actually realize the summer is long gone.

Come back! I was a good girl! :(

Ok, pyjamas.  I'm sorry I said you suck and you're uncomfortable. I'll give you another try.

Yes, you can bring the socks... the long ones!

Oh, how cute!

czwartek, 25 października 2018

kids are it


Being a parent is so much easier when you don't have any kids.

The hardest part of being a parent is keeping your cool and doing what you believe in.

Not enought patience. That's what's stoping most people from being great parents. How long can you look at someone trying to get a piece of pasta on the fork without trying to help them or yelling? How many times can you do that? How many times a day? Can you do it while the rest of the meal that you prepared is landing on the floor, chair, table and the little person eating. How many times can you watch them learn new everyday activities every minute of a day? 
Changing, brushing, washing, eating bread, eating pasta, eating carrot, eating every other thing, with spoon, fork, hand, cleaning, turning pages, building towers, hugging toys, putting on shoes, opening the door, not running into your legs and not doing other silly things they think are funny because they don't understand. How many times can you repeat to yourself they need time and practice just like you did. How many times can you show the same simple thing? How many times can you repeat the same sentence? There comes a point where you are just mentally and physically tired and you need a little break. You get it and then it's all great again. 
Old fashioned families where relatives live close to each other are the best for raising kids. You feel overwhelmed - there's always someone who can "take over the kids". Sometimes one hour alone in the store is all you need. You get your shopping done, your sanity back and other adult gets to spend some time with cute little baby that makes their day better (because babies in small ammounts make everything better)

I'm so glad I have my family to enjoy the kids everyonce in a while so I can keep my sanity. I respect all parents who live alone with their kids, do their best and keep sane for most of the time. I love my kids so very much, I will give everything I have to them but I would be in pieces if I was with them 24/7. 

I think it's not so much being with them as being for them. Listening, talking, showing, teaching, being responsible and alert, foresee the unforseen, in a way even in your sleep.

But even in the most broken moment of my day their smile and hug can fix everything.

20 lat z oceanem


Czasami do utworu mamy przypisane wspomnienie, osobę, miejsce, zapach. Niekiedy do artysty. Zdarza się, że do rodzaju muzyki.

|Frank Sinatra - Killing me softly

To chyba moja ulubiona wersja tej piosenki. Mogę z czystym sercem powiedzieć, że kojarzy mi się z nikim, niczym i nigdzie. Więc dlaczego tak melancholijnie na mnie działa? 
Próbuję od lat zrozumieć tekst, doszukuję się ukrytych znaczeń, zastanawiam się co artysta miał na myśli, co przeżywał. To najbardziej oczywiste wytłumaczenie zupełnie mi nie pasuje. Chciałabym wiedzieć, że jest tam ukryta wielka głębia. 
Dla mnie ten utwór jest jak ocean. Z zewnątrz spokojny i ogromny, pod powierzchnią dziki i dodatkowo głęboki. Powierzchnia wydaje się tylko olbrzymią kałużą, gdy nie zejdzie się pod taflę. 
We mnie wyzwala całą gamę różnych uczuć, jest ze mną od dobrych 20 lat (O MÓJ BUGU! JAK TO BRZMI! 20 LAT TO OGROM CZASU!) może to dlatego. Dużo razem przeszłyśmy. Kilka razy w roku do niej wracam i piłuję w kółko aż do zaśnięcia, zazwyczaj w nocy, gdy powinnam spać, ale nie mogę, bo mam wrażenie, że świat TU jest, a czas ucieka, więc ja też nie mogę spać, tylko muszę coś napisać, coś pomyśleć, coś stworzyć, coś przemyśleć i przelać, wylać, naciaprać. Tu i Teraz coś po sobie zostawić. Tak na wszelki wypadek. A nie spać. Spać można będzie jak się czas zatrzyma.

Pan dobry


Rozumiem fascynację wampirami. 
Wampiry są wieczne.
(Kto nie chciałby mieć wyboru kiedy umrzeć? Jeśli nie wierzy się w żadnego boga to nie ma wizji nieba i wiecznej duszy. Idziemy do piachu i koniec. Wampiry nie mają wiecznej duszy i dlatego są przeklęte. Czy ateiści są przeklęci? Czy ludzie są przeklęci?)
Złe czy dobre?
Czy zabijanie ludzi jest złe?
W naszym rozumieniu tak.
Czy zabijanie zwierząt jest złe?
W naszym rozumieniu tak.
Chyba, że wieprzowina, wołowina, itd.
Czyli jaka jest różnica?
Jeśli się to zje to jest ok?
Wampiry żywią się krwią.
To może chodzi o uczucia, o strach?
Zwierzęta też czują.
To może chodzi o inteligencję?
Są też inteligentne zwierzęta - ośmiornice, delfiny, psy...
Czy jeśli lew zabije człowieka to jest "zły"?
Nie rozumiem, dlaczego wampiry są złe.

Książę ciemności
Leci bezszelestnie
Czaruje ofiarę
Całuje we śnie 
Do szpiku zły
vs
Pan światła
Człapie przewracając drzewa
Ogłusza prądem,
Rżnie na jawie
Czysty jak łza

Wampirze, mój wampirze! 
Daj mi wiecznie "żyć w swoim mieszkaniu", bo "żyć w sercach moich rodaków" nie chcę. Ludzie wszystko przekręcają po latach. Nic nie jest wieczne, nawet historia.

zazwyczaj, czyli zawsze


Dla mnie zazwyczaj, czyli zawsze z bardzo nielicznymi wyjątkami, coś jest białe, czarne albo nieważne.

Co jest lepsze?
Piękne kłamstwo czy obrzydliwa prawda?

Tu jak dla mnie pojawia się ten wyjątek, bo odpowiem:

To zależy.

Są pytania z odpowiedziami tak trudnymi, że nie chcielibyśmy znać prawdy. 
Są sytuacje, gdy prawda nie przynosi korzyści, a wręcz krzywdę.
Są momenty, gdy prawda może być nie do zaakceptowania przez nasz umysł i wyparta.

Czasami potrzebujemy się przygotować na prawdę, czasami lepiej żebyśmy nigdy jej nie poznali, czasami kłamstwo jest nam potrzebne.

Jednak w innych sytuacjach jest zupełnie inaczej. 

Trudna prawda daje nam do myślenia, wyzwala nas, pomaga nam podjąć trudne decyzje, obronić się, zmienić coś na lepsze, wzmacnia nas, otwiera oczy.

Czasami okazuje się, że zarówno piękne kłamstwo jak i trudna prawda nas zupełnie nie interesują.

No i pozostaje jeszcze coś co nie jest ani jednym, ani drugim. 
Opinie.
Czyjeś opinie, nieważne czy akurat nas interesują czy nie, mogą być czyjąś prawdą, co nie oznacza, że my musimy się do nich w jakikolwiek sposób odnieść. Nasza prawda może być zupełnie inna.

Zawsze
Znika
W wieczności
Nigdy 
Stwarza
Możliwość

środa, 17 października 2018

We're happy, right!

We're happy, right!

/Michael Bublé - Everything


People are dying. People are raped. People wish they were dead. People are hurt by trusted ones. People are sick, in pain, tired, hopeless, hurt. Somewhere there but not here, right? It's other people's babies that have cancer and are gonna die in agony. It's other people's kids that have disorders, syndromes, problems. It's other people who couldn't protect their young. It's not gonna happen to our kids. It's other people who get sick, who die. We're gonna live long - happy lives that will not end yet. We have plenty of time. Tens of years. Easy! It's the other people who get shot, run over by busses, die on highways, fall of clifs, fall of the sky, drown, get tore apart, crashed, eaten, knifed, bitten, beaten, raped, smashed, dismembered by trains, starved to death, burned down, frozen, dried down, bombed...

I mean... it's those other people in the tv and articles. It's people on facebook, on instagram adds, in the emails, on youtube. It's just like the books and movies but annoying. And it's not here. We're happy, carless, immortal. Here, in our homes, works, cars... we're safe. We don't think about how easily we could just be gone. 

Everything tries to kill us. Our own species is trying to kill us. Our bodies try to kill us. We try to kill us.

But we're still here. Not thinking. It's cool. It's ok. It's nice.

So we sleep like babies and live happily.


poniedziałek, 24 września 2018

Pierwszy miesiąc

...z dwójką poniżej dwóch lat.
Mogło być gorzej...
Jak na razie wszyscy żyją i nikt nie doznał stałego uszczerbku na zdrowiu. Nawet mentalnie dajemy w miarę radę.

Chociaż czasu wolnego nie ma prawie wcale. Płaczu też nie ma aż tak dużo, ale jak już jest to w dolby surround.
// edit:
Hmmm... właśnie znalazłam tego posta. Minęło prawie dwa miesiące odkąd tamto napisałam.

środa, 25 lipca 2018

Lato, lato!

Wyszłam dziś z domu. Na spacer. Nie długi, bo ok półgodzinny, ale to zawsze coś. Wzięłam Kleo do wózka i poszłyśmy w kierunku wału (za nim rozciągają się tereny wodonośne czyli dla nas po prostu łąka).  Cel spaceru - uśpienie dziecka.

Dziś znów jest gorąco, 29 stopni w cieniu. Niebo błękitne w ten bardzo letni, wakacyjny sposób, na nim białe obłoczki-owieczki spokojnie wypasają się i płyną niczym dusze w Styksie - miarowo do przodu.
Wał mnie zachwycił i trochę też przeraził. Niby wiem, że już koniec lipca, ale gdzieś znów uciekło mi parę miesięcy. Pamiętam, jak chodziłam tam z młodą ostatnio, trawa ledwo się zieleniła, a teraz była cała pożółkła, wyschnięta i wyższa niż moje 19 miesięczne szczęście. Dość smutny byłby to widok, gdyby nie to, że powplatane w jej warkocze były polne kwiaty. Multum polnych kwiatów. Głównie drobne białe baldachimy, ale też różowe i fioletowe postrzępione kulki, żółte płateczki i blade sprężynki. Tak, nie znam nazw tych kwiatów.
Nie tylko nie potrafię utrzymać przy życiu kaktusa, ale też nazewnictwo roślin pozostaje mi obce. Ostatnio nauczyłam się rozróżniać kilka ziół w ogrodzie, bo dodaję je do jedzenia. Założyłam na instagramie nowe konto @li_cooking, na którym wrzucam swoje podboje kuchenne. Stwierdziłam, że skoro codziennie i tak muszę gotować, to mogę zrobić zdjęcia i mieć tam taką swoją książkę kucharską. Już kilka razy kupowałam zeszyty, w których miałam zapisywać swoje przepisy, ale zawsze kończyło się po jednej- dwóch zapisanych stronach. Teraz gdy nie będę miała pomysłu na obiad, zawsze mogę sobie tam zajrzeć i zobaczyć co umiem ugotować :) , a przy okazji może ktoś inny też skorzysta.
Wracając jednak do spaceru, oprócz wysokich, wyschniętych traw, masy kwiatów, błękitnego nieba, rozgrzanego powietrza falującego nad asfaltem, moje nozdrza uderzył zapach lata. Zapach zgniłych owoców, które spadły na chodnik i ulicę z drzew rosnących przy granicach działek, rozjechanych później przez przejeżdżające samochody i rozdeptane przez przechodniów. Zapach rozkładających się traw. Zapach topiącego się asfaltu. Zapach piwa rozlanego wcześniej na chodniku. Zapach kwiatów niesiony wiatrem z nad łąki i z ogrodów. Zapach spalin z oddalonej ruchliwej drogi. Zapach potu.
Lato ma też swój dźwięk. To dźwięk koników polnych i innych owadów buszujących w zaroślach, odgłos samolotów przelatujących co chwilę gdzieś wysoko ponad naszymi głowami, dźwięk dzieci przejeżdżających na rowerach, zajętych zabawą, śmiechy i krzyki kąpiących się w przydomowych basenikach. To dźwięk psów leniwie ziewających przy płotach w cieniu i kotów przeciągających się na słońcu. Dźwięk poruszających się na wietrze wysychających powoli liści drzew i szum zarośli. Śpiew ptaków odległy i bliski, wymieszane w symfonii "Lato" Pani Natury.
Muszę nacieszyć się tymi zapachami i dźwiękami zanim zmienią się w typowo jesienne, a później zimowe.

Z wiekiem mam wrażenie, że czas coraz szybciej leci. W tym tempie nie zauważę, jak zleci mi całe życie i będę to wszystko oglądać po raz drugi w postaci "śmierciowego filmu" (mam na myśli :"zobaczyłem białe światło, a później całe swoje życie jak film").
Zastanawiam się z czego to wynika. Jako dziecko odczuwałam upływ czasu jako bardzo powolny. Tydzień był niewyobrażalnie długi. Ba! Nawet "po południu" wydawało się bardzo odległe. Teraz słysząc "za tydzień", wpadam w mini panikę, a gdyby ktoś powiedział mi rano, że "po południu" ktoś do mnie przyjedzie to chyba dostałabym histerii, bo jak to tak, bez zapowiedzi?!
Perspektywa się zmienia. Może jest to zależne od ilości obowiązków i rzeczy do zrobienia? Jeśli tak, to jest szansa, że na starość czas znów zwolni i będziemy mogli się jeszcze nacieszyć życiem.

Tym sposobem, wakacyjna, wesoła notka zrobiła się dość ponura. Zakończę ją więc pozytywnym akcentem. Jest ciepło. Jest słonecznie. Drzewa i krzewy uginają się pod ciężarem przesłodkich owoców, na gałązkach i w ziemi rosną przepyszne warzywa, koło tarasu unosi się zapach świeżych ziół, które można dodać do każdego posiłku. Lato jest pyszne!
Smakujmy je ile wlezie, zamroźmy sobie go trochę na zimę i zamknijmy w słoiki trochę witamin, tak jak robili to nasi przodkowie.

wtorek, 24 lipca 2018

patrząc wstecz

//Clean Bandit - Solo feat. Demi Lovato


//AronChupa, Little Sis Nora - Rave in the Grave

//Camila Cabello - Havana ft. Young Thug

Przeczytałam dziś swoje notki do 2014 roku. Widzę swój emocjonalny roller coaster, ale znalazłam też sporo muzyki, na którą miałam mega fazy przez ten okres. Fajnie do niej wrócić.

Widzę też, że teraz jestem o wiele bardziej pogodna i o niebo lepiej nastawiona do życia. Zastanawiam się czy to dlatego, że mam dzieci i jestem spełniona, czy dlatego, że nie mam czasu na rozmyślanie o pierdołach. Zostawię tę kwestię nierozstrzygniętą na razie. To i tak chyba bez różnicy. Jest lepiej. Jest dobrze. Może być lepiej. Będzie wspaniale.

2 weeks postpartum

Już nie płaczę za każdym razem jak patrzę na swoje nagie ciało w lustrze. Pomaga też fakt, że od zdjęcia szwów już mnie tak nie boli, mogę spać na boku, a nawet na brzuchu i normalnie chodzić. Chyba pomału przyzwyczajam się też do myśli, że teraz będę wyglądać inaczej. Oczywiście to całe pierdolenie pt.: "Jesteś piękna, a rozstępy i blizny dodają ci uroku" nadal uważam za debilne, bo nikt widząc coś takiego nie myśli sobie: "KURWA! Czegoś tak pięknego to jeszcze nigdy nie widziałem/am". Wiadomo, mało która kobieta wygląda po ciąży tak samo jak przed, nie mówiąc już o dwóch ciążach. Nie mówię też, że żałuję. Moje dzieci są zaplanowane, chciane i idealne jak dla mnie. Po prostu przykro mi, że moje ciało musiało się zmienić. Znając siebie, za jakiś czas się z tym pogodzę zupełnie, ale chwilowo nie mogę na nie patrzeć i czuję się seksowna jak ziemniak.
Ot takie moje tu marudzenie. Piszę to tutaj, bo może ktoś to przeczyta i będzie w stanie odnieść to do siebie, albo zrozumieć kogoś bliskiego kto przechodzi przez coś podobnego.

Poza tym: Po co komu idealne ciało w grobie? Coś w tym jest, że blizny, siniaki i inne "trofea" świadczą o tym, że żyliśmy, a nie tylko trwaliśmy.

środa, 11 lipca 2018

Smarki


- Czemu płaczesz?

"Bo mnie boli. Wszystko mnie boli. Pocięty brzuch. Szwy. Siniaki po wkłuciach. Obkurczająca się macica. Więcej szwów.  Siniaki koło szwów. Kręgosłup. 
Cały mój brzuch jest jak jeden olbrzymi, napuchnięty siniak ze szwami. 
Myśl, że te szwy trzeba będzie zdjąć, a to do przyjemnych nie należy.
Fakt, że zamiast jednego szwu mam 4 - brzydka blizna i 4 pociągnięcia zamiast jednego.
Bo jestem zmęczona. Nie spałam od tygodnia. W szpitalu nie da się spać. Po zabiegu nie da się spać tym bardziej. Łóżko twarde, ciało obolałe, słabe i zmęczone. Nie mogłam się położyć na boku. Teraz w domu też nie mogę. Coś mnie ciągnie i boli. Spanie na wznak sprawia, że jeszcze bardziej boli mnie kręgosłup.
Bo będę miała kolejną brzydka bliznę, tym razem dłuższą i krzywą. Bo boję się, że znów zrobi się taka gruba i paskudna jak była ta poprzednia.
Bo mam rozstępy na brzuchu.
Bo ważę dużo więcej niż myślałam, że będę ważyć.
Bo mnie piersi bolą. Są ciężkie, twarde, pełne, a sutki wyssane i krwawiące.
Bo nie mogę robić tego co bym chciała,  np przytulić porządnie córki, iść z nią do zoo czy na plac zabaw. Nawet z krzesła nie mogę normalnie wstać, tylko jak jakiś stary astmatyk, dusząc się i sapiąc z bólu, próbując złapać oddech. Wstanie z łóżka to już w ogóle sport ekstremalny.
Bo czuję się zawiedziona.
Bo wiem, że się starasz mi pomóc, a ja zachowuję się jak wredna suka.
Bo muszę prosić o pomoc. Co chwilę.
Bo płacz powoduje kolejne fale bólu. Śmiech zresztą też. I każdy gwałtowny ruch. Bo boję się, że zrobi mi się przepuklina i że będę miała zrosty. Albo że coś poszło nie tak, ale wyjdzie dopiero za jakiś czas.
Bo nie mogę się wysmarkać, a na samą myśl o kichnięciu lub kaszlnięciu wpadam w panikę, żeby tylko nic nie pękło. "

- Bo nie mogę się wysmarkać.

poniedziałek, 28 maja 2018

Czerwona sukienka


Czasami coś jest jakby dla nas stworzone, ale wcale nie. Od początku wiemy, że "to" i "my" zupełnie nie mamy szans zgodnie zaistnieć,  ale brniemy w to, bo "może jednak będzie ok",  "może jednak się uda, jakimś cudem". 
Tak właśnie weszłam w posiadanie czerwonej sukienki. Zobaczyłam ją i nie wiedziałam, że ją chcę. Przymierzyłam i pasowała idealnie. Wszystko co miała pokazać, podkreślała, co ukryć, delikatnie chowała. Miała tylko jedną "malutką" wadę. Kolor. Ale jaka była wygodna! Tylko ten kolor. Miała taki ciekawy krój! No ale kolor... psuł cały efekt. W tej sukience, gdyby ją przefarbować na granat, wyglądałabym jak milion dolarów. W tym kolorze, jasno czerwonym, wyglądałam jak duch, jakaś taka wyblakła, jak ze złego fotomontażu. Jakby ktoś nie potrafił ustawić aparatu. Czułam się w niej rozmyta i blada. 
No ale gdyby była granatowa...
Kupiłam ją więc oczywiście. 
Gdyby była granatowa... mogłybyśmy podbić świat, ona i ja. Kroczyć dumnie budząc zachwyt i wyłapując spojrzenia. Mogłybyśmy razem przejść przez życie i zestarzeć się w bujanych fotelach. 
Jest jednak jaskrawo czerwona. Wisi więc w szafie i przypomina mi o tym jak bardzo granatowa nie jest i nigdy nie będzie. Myślałam żeby ją komuś oddać, komuś kto mógłby ją nosić. Komuś komu by pasowała. Z kim mogłaby podbić świat.
Ale... to MOJA sukienka. Głęboko w duszy liczę na to, że kiedyś się dla mnie zmieni... 

sobota, 19 maja 2018

Klatka

Duszna, ciasna, niewygodna i beznadziejnie nie do otwarcia.
I nawet haustu powietrza, nawet łyczka wody.
Rozpaczliwie wyglądam zza krat lecz za nimi tylko ciemność.
Jedyne światło tli się jeszcze gdzieś w mojej głębi.
Pamięć kolorów bleknie we wspomnieniach.
Mówią "nadzieja umiera ostatnia".
Ostatnie umierają sny.