tematy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 sierpnia 2019

popierdolona


No... od jakiegoś czasu jestem już zdiagnozowanym popierdoleńcem. Od zawsze wiedziałam, że z banią mam coś nie tak, po prostu podejrzewałam dużo różnych rzeczy, a tej nie. 

Już od kilku miesięcy biorę leki i od niedawna zaczynam funkcjonować jak człowiek, ale może zacznę od początku.


Urodziłam się pewnej zimnej, jesiennej nocy... No dobra, może nie od początku. 

Będąc w ciąży z synem kazano mi leżeć, przez kilka miesięcy. W tym czasie musiałam zajmować się roczną córką, a bez chodzenia i dźwigania to nie lada zadanie. Spacery nie wchodziły w grę, za to książki miałyśmy wszystkie przeczytane. Leżenie z nogami do góry nie wychodziło mi zbyt dobrze, bo ile można leżeć jak jest tyle roboty w domu. 

Na szczęście ciążę donosiłam, pojechałam rodzić i... miałam pierwszy chyba atak paniki. Teraz myślę, że to może dlatego, że cesarka mnie przerażała bardziej niż cokolwiek innego, nawet nie tyle sam zabieg co dochodzenie do siebie po nim. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że to atak paniki, myślałam, że źle się czuję po prostu, może jestem chora, może to ta pieprzona ciąża i hormony?


Gdy wróciłam do domu, niby było ok. Po ok 2 tyg wyszłam na pierwszy krótki spacer z dziećmi i było ok. Później spacery były coraz dłuższe i dłuższe, nawet kilkukilometrowe. Aż pewnego dnia, coś nie pykło. Wyszłam na spacer i zrobiło mi się słabo. Wystraszyłam się, że zasłabnę na ulicy i dzieci zostaną same, bez opieki. Zaczęłam chodzić na spacery bliżej domu, z telefonem w ręce, bo "jakby coś" to będę mogła do kogoś zadzwonić. Wyjście do sklepu, apteki, piekarni, znajomych, w końcu nawet przejażdżka autem czy odwiedziny przyjaciółki stały się dla mnie zbyt dużym stresem i wyzwaniem. Stwierdziłam, że chyba czas na psychiatrę, ale... przecież do niego nie pojadę, bo jak skoro nie mogę wyjść z domu bez ataku paniki. To może zaproszę go do siebie? Tylko co to będzie za wizyta jak ja nie będę w stanie myśleć trzeźwo, a może nawet wyjść z łazienki.


Kilka miesięcy później, próbując dzień po dniu się przełamać, wychodzić na coraz dalsze spacery, wchodząc do apteki, piekarni, stawać w kolejkach i wsiadać do auta nawet jeśli miałam jechać tylko do babci kilka przecznic dalej... miałam jechać na komunię kuzynki. Wtedy myślałam już, że jest lepiej, bo byłam nawet u kosmetyczki (gdzie po ok 90 min dostałam ataku paniki, ale kto zapisuje do kosmetyczki na 2 godzinny zabieg z dotykaniem, gdzie trzeba leżeć i się relaksować, kogoś z atakami paniki w sytuacjach "bez wyjścia" jak np. stanie w kolejce przy kasie, albo co gorsza w korku na 3 samochody? A zaraz po tym umawia do fryzjera? No jak to kto. Moja mama.) i fryzjerki (na szczęście znam ją od ponad 12 lat i jak się okazało miała podobne akcje, więc pomogła mi się uspokoić i "kazała" iść do psychiatry, po leki, bo "bez sensu się męczyć"). 

Widzę, że dziś jest dygresja na dygresji... No cóż. Dopiszę to do listy moich objawów. :p



Na czym to ja... a! Jadę na komunię, względnie pewna, że sobie poradzę, bo przecież nikt mnie nie będzie dotykał, dzieci jadą innym autem (dzieci w aucie to dodatkowy stresor, bo córka ma chorobę lokomocyjną, poza tym każdy jęk odbieram jako alarm) i w każdej chwili mogę wyjść, a nawet wrócić do domu.
Wsiadłam z ojcem do auta, z przodu (to zawsze pomaga), ruszyliśmy. Nie dojechaliśmy do kolejnej przecznicy, a ja... chciałam "uciec" z auta. Wysiąść, wrócić do domu na piechotę i już nigdzie nie wychodzić. Mój ojciec złapał mnie ręką i powiedział stanowczo: "Siedź. Nigdzie nie idziesz." Kilka przecznic dalej już było lepiej. Miałam najgorszy atak paniki dotychczas i... nic się nie stało. Nie zemdlałam, nie umarłam, nie zwymiotowałam... Zanim wysiedliśmy z auta moje ciało było już tak zmęczone dużą dawką hormonów i stresu, że do wieczora ataków praktycznie nie miałam.


No ok, zapomniałam wspomnieć, że te swoje wyjścia, to nie do końca "na trzeźwo", bo miałam swoją miksturę od rodzinnego, na uspokojenie. Jak widać pomagała tylko nieznacznie.

Po tej wyprawie (bo dla mnie to było tak męczące, jak wyprawa) dotarło do mnie to co dobrze wiedziałam. Te ataki są tylko we mnie i w pewnym sensie są samoograniczające się. Kilka minut i najgorsze za mną. 
Jakiś czas później umówiłam się w końcu do psychiatry i mógł zdiagnozować u mnie nerwicę.


Nie opisuję tu wszystkich objawów jakie miałam, ani wszystkich sytuacji czy ataków, bo to nie o to chodzi. Opisuję to, żeby sobie to poukładać w głowie, żeby przed samą sobą przyznać się, że nie jestem wszechmocna, ale też pokazać sobie i przypomnieć, że jestem silniejsza niż czasami mi się wydaje i że dam radę. 


Nie chcę też, by ktoś czytając to sam się zdiagnozował w domu, czy olewał swoje objawy. Nie. Zachęcam natomiast do pójścia do psychiatry, bo to żaden wstyd. Od kilku miesięcy biorę leki przeciwdepresyjne w małych dawkach, a różnica jest ogromna. Teraz zbieram się żeby jeszcze pójść do psychoterapeuty, żeby dowiedzieć się "why?".


Wychodzę z domu, chodzę na zakupy, jeżdżę autem, odwiedzają mnie znajomi, byłam z dziećmi na wakacjach, poszłam na wesele (tam akurat nie czułam się "beztrosko", ale poszłam, zatańczyłam, napiłam się i dałam radę - więc jestem z siebie bardzo zadowolona). Mam lepsze dni, gdzie jestem "normalna" i gorsze, gdy nie mam siły, mam mini atak czy po prostu stan przed atakiem, ale coraz lepiej sobie z tym wszystkim radzę.
Wpadłam też na fajne filmiki z autohipnozy, które chętnie podrzucę, jeśli ktoś potrzebuje. Są naprawdę uspokajające.


Dlaczego piszę o tym akurat dziś? 
Na fb przeczytałam jakąś starą wiadomość od kogoś, kto napisał mi życzenia urodzinowe: 
"have that breakthrough it always seems you're destined to have", 
których tak bardzo nie rozumiem.
Może chodziło właśnie o to żebym dowiedziała się jak bardzo popierdolona jestem? 
Jeśli to nie to i nie chodzi o Nobla z literatury to naprawdę nie wiem o co chodzi.


Koniec zwierzeń. Li is out.

niedziela, 14 lipca 2019

hard

Mierzenie innych swoją miarą.

Jeśli sami za bardzo się staramy, to przyniesie nam głównie rozczarowania.
Jeśli są osoby dla których się staramy, to czasami się zawiedziemy, czasami doświadczymy miłego zaskoczenia, ale bilans powinien wyjść zero.
Jeśli jesteśmy kompletnymi egoistami, to zazwyczaj będziemy mile zaskoczeni, bo ktoś zrobił dla nas coś miłego, o czym my sami byśmy nie pomyśleli.

Czy zatem nie lepiej być kompletnym egoistą myślącym tylko o sobie i własnych przyjemnościach?

Nie.

Wtedy świat byłby... no właśnie, jaki?

Taki jak jest teraz w XXI w.?

wtorek, 12 lutego 2019

peoples

Gdybym mogła powiedzieć coś kilkuletniej sobie, to byłaby to pewnie rzecz dość dziwna.

W wieku 27 lat zrozumiałam co ze mną jest "nie tak" i dlaczego nie mam wielu znajomych i przyjaciół " jak inne dzieci". xD
Otóż: ja po prostu nie lubię ludzi.
Człowieki lubię, ludzi nie.
A że człowieki rzadko występują same, lubią się gromadzić w ludzi, to trudno dopaść takich człowieków sam na sam; grupa przyjaciół czy paczka to już nie człowieki tylko ludzie.
Tak więc wychodzi na to, że te kilka osób, które lubię, z którymi spotykam się raz na jakiś czas i które nazywam przyjaciółmi lub znajomymi, są moimi człowiekami (zazwyczaj wydziobanymi osobnikami o szczególnych sercach spośród różnych grup). Nie lubię jak moje człowieki się spotykają na raz, bo zmieniają się momentalnie w ludzi, a ludzie nie są sobą. Popisują się przed innymi, mówią dziwne rzeczy i ogólnie stają się masą nie do opanowania.

Podsumowując, przekaz dla 10 letniej mnie brzmiałby:

1. Nie musisz lubić ludzi. 
2. Nie każdy jest ekstrawertykiem. Nie każdy musi być duszą towarzystwa. Nie każdy musi lubić to samo. Jeśli lepiej czujesz się w domu z książką, możesz ludziom to powiedzieć, zamiast szukać wymówek dlaczego nie możesz się z nimi spotkać. Jeśli ludzie będą traktować cię z tego powodu źle, to źle o nich świadczy, nie o tobie. 
3. Traktuj ludzi z szacunkiem, uśmiechaj się i bądź sobą, a nigdy nie będziesz samotna. Zawsze znajdzie się człowiek, który to doceni i będzie chciał się z tobą zaprzyjaźnić - a taki człowiek jest warty więcej niż pełno ludziów.
4. Bycie samemu to nie to samo co bycie samotnym. Różnicą jest możliwość spotkania się z kimś.
5. Introwertykowi najłatwiej zostać "przygarniętym" przez ekstrawertyka i taka znajomość ma dużą szansę wypalić. Dlaczego? Introwertyk raczej nie wychodzi z inicjatywą, bo nie chce komuś się narzucać. Ekstrawertykowi przychodzi to z łatwością. Ekstrawertyk ma wielu znajomych i przyjaciół, więc jak introwertyk nie ma ochoty się z nim spotkać, nie jest to dla niego problemem, bo po prostu umówi się z kimś innym. Drugi introwertyk, pomimo teoretycznego zrozumienia, mógłby się poczuć odrzucony i drugi raz nie wyjść z propozycją. 

Trochę czasu zajęło mi zrozumienie tych zależności, a także faktu, że: 

 6. Nie jesteś ekstrawertykiem, nawet kiedy bardzo się starasz. [śmiech]

Pewnie dodałabym na koniec wywód o tym jacy ludzie są głupi, bo skala tej głupoty dotarła do mnie dość niedawno i pewnie jeszcze nie raz zaskoczy, i że od głupich ludzi najlepiej się trzymać z daleka - bo znajomość z nimi przyniesie tylko straty (moralne i materialne). 
Kiedyś myślałam, że ludzie są mądrzy, z kilkoma wyjątkami. Teraz wiem jak trudno znaleźć inteligentną osobę w dzisiejszym świecie. 

Im więcej osób poznaję, tym mniej chcę mieć z nimi do czynienia. Bezludna wyspa coraz bardziej brzmi jak świetna opcja.

sobota, 24 listopada 2018

dwa dni

Są dni kiedy budzę się wypoczęta, budzona śpiewem ptaków za oknem, dzieci się do mnie tulą uśmiechnięte, później wstajemy, szybko je myję i ubieram, mała pomaga mi zrobić śniadanie, miesza jajecznicę, później jemy, sprzątam po śniadaniu, mała pomaga mi włączyć zmywarkę, nastawiam zupę - młoda się bawi, mały skacze w skoczku, nastawiamy z młodą pranie, piję kawę, czytamy książki, uczymy się, idziemy na spacer, na plac zabaw albo na wał, do piekarni, do sklepu - młoda jest grzeczna, chodzi za rękę, słucha, pyta, opowiadam jej o wszystkim co widzimy, machamy do samolotów, naśladujemy samochody, oglądamy ptaki. Później wracamy na chwilę do domu - po szybko zagrzaną i zmiksowaną zupę (w butelce), wrzucam pranie do suszarki i szybko karmię młodego, młoda w tym czasie ogląda książkę. Później idziemy jeszcze na chwilę się przejść żeby dzieci zasnęły. Po powrocie szybko nastawiam obiad i mam prawie dwie godziny dla siebie. Dzieci wstają, karmię młodego, później z młodą jemy obiad - każdy swój, ona wszystko pięknie zjada ze smakiem i chce dokładkę. Po obiedzie młoda się bawi, młody ogląda karuzelę w kołysce i zasypia, ja sprzątam po obiedzie, układam czyste rzeczy do szaf i znów chwilę się bawię z młodą. Później ona bawi się sama, ogląda książeczki. Czasami przychodzi do mnie i ciągnie mnie za rękę rozkosznie się uśmiechając, żebym dała jej inne pudełko z zabawkami. Te wcześniejsze są wrzucone do pudełka i czekają na odstawienie. Książeczki są poukładane na półce - widać to po tym, że niektóre są włożone grzbietami do przodu, albo bokiem. Uśmiecham się wiedząc, że się bardzo stara. Wiem ile trudu ją to kosztuje, bo nie do końca ogarnia jeszcze przesuwanie tych na półce jedną ręką, gdy wkłada następną na półkę. Książek ma bardzo dużo, bo od małego jej czytamy i to uwielbia. Później chwilę bawimy się razem - "gotujemy", układamy klocki, robimy zwierzakom karuzelę itp. Daję jej owoce lub jogurt. Zjada wszystko ładnie i mówi: "mniam". Chce się podzielić i próbuje mnie karmić. Później bawi się sama. Młody się budzi i gaworzy. Fajnie się tego słucha i z nim "gada". Karmię go. Pod wieczór je trochę częściej. Z młodą jemy kolację. Później kąpię dzieciaki. Młoda w wanience, młody w wiadrze. Ona się sama myje i pluska, on rozkosznie uśmiecha i odkrywa swoje dłonie. Najpierw myję i wyciągam młodego. Wycieram, kremuję, masuję, pudruję, myję dziąsła, wycieram uszy, czyszczę nos, czeszę, i ubieram go w pidżamę. Wkładam go do skoczka, a on śmieje się i skacze. Wracam do młodej. Myję ją, wycieram, kremuję, masuję, myjemy zęby, wycieramy uszy, czyścimy nos, chcę ją ubrać w pidżamę i uczesać, ale ona chce sama i próbuje - z moją pomocą jej wychodzi. Przy okazji bawimy się w głupie miny i zgadywanie dźwięków zwierząt. Teraz młoda może chwilę pooglądać bajki. Ja w tym czasie bawię się z młodym. Kładę go w bujaku i szybko odkurzam. Później karmię go i kładę spać. Potem kolej małej. Robię jej kaszkę i kładę ją spać - opowiadam bajkę, śpiewam kołysanki,a ona pije kaszkę i zasypia. Teraz ja mogę się ogarnąć i znów mieć chwilę dla siebie. Wraca mąż i możemy sobie coś obejrzeć dla rozluźnienia.

Takie dni się zdarzają. Przynajmniej częściowo.

Są też takie dni, gdy budzę się ledwo żywa, bo w nocy młody dużo razy się budził i jadł, młoda źle spała, więc się przytulała i rzucała. Mąż już dawno w pracy, dzieci od rana jęczą. Młoda i jej pościel są obsikane, bo pampers przeciekł, młody wszystko obrzygał, więc nasza pościel też jest do prania, młoda nie chce się umyć i ubrać - wierzga, więc zajmuje nam to 3 razy więcej czasu niż zwykle, młody na szczęście nie walczy jeszcze. Nastawiam pierwsze pranie. Zapieram rzygi. Młody w skoczku - robię śniadanie. Młody płacze. Wyciągam go ze skoczka i noszę. Każda próba położenia kończy się wrzaskiem jakby go do wrzątku wkładać. No nic, młoda musi coś zjeść. Kładę młodego, on się drze. Młoda przychodzi i się drze. Sadzam ją na płycie i robimy razem jajecznicę. W tym samym czasie robię jej kanapkę z masłem i gotuję parówkę. Młoda chce mieszać jajecznicę. Młoda się drze. Jajecznica się przypala. Młody dalej się drze. Gotowe. Sadzam młodą do krzesełka, podaję jej jajecznicę, chleb z masłem, ugotowaną parówkę, pokrojoną w plasterki i widelczyk. Piję w pośpiechu szklankę wody. Biegnę do młodego, który już kaszle ze złości. Daję mu "cyca". Jest cisza. Mała rozwala jajecznicę krzycząc "fuj!", jajecznica jest na ubraniu, we włosach, na podłodze i na krzesełku. Karmię młodego więc trudno, później to posprzątam. Je parówkę. Uff! A nie. Zjadła dwa plasterki i już nie chce. Bierze do ręki chleb z masłem i krzyczy: "NIE!". Wstaję, dalej karmiąc i daję jej kromkę chleba z zamrażarki ("mówimy na to "mroźny chlebek" - mąż kiedyś jej taki dał i jej posmakował). Gryzie ze smakiem trzy razy i odkłada. "Nie."
Odkładam małego - zaczyna się drzeć i szybko wyciągam ją z krzesełka i myję ręce i buzię. Jest cała w jajkach. Ściągam jej koszulkę i niosę do łazienki. Wciskam jej na siłę czystą koszulkę, brudną rzucam na zlew i pędzę do małego. Puszczam małą, od razu biegnie siać chaos. Śniadania już nie zje. Przerabiałyśmy to. Jak ma zły dzień to nic nie da gotowanie jej kaszek, wciskanie banana, jogurtu, naleśników, jajka na twardo... Później zostaje tylko ogromny syf i pełno jedzenia, które ląduje w koszu. Trudno. Rozumiem, że czasami każdy ma dzień głodniaka. Biorę małego i kończę go karmić. Patrzę na kuchnię i chce mi się płakać. Nawet nie zdążyłam zalać kawy. No i ten syf. Jak skończę karmić to posprzątam. Figa. Skończył jeść i gaworzy, ale nie da się położyć. Młoda ciągnie mnie za rękę, żebym dała jej zabawki. Idę, z młodym w drugiej ręce. Na podłodze jest dywan z książeczek, klocków, pluszaków, koców, poduszek i małych zwierzaków. Mówię: "posprzątaj". "DAJDAJDAJ!" "Nie".
Klękam z młodym w jednej ręce i mówiąc: "Pomogę ci posprzątać" Zaczynam wrzucać zabawki do pudełka, koce do kosza, poduchy na kanapę, książeczki układać na stos, by później odłożyć je na półkę. Młoda podbiega i zaczyna wszystko rozwalać. Odchodzę, a ona się znów drze. Trudno.Teraz może posprzątam w kuchni, łazience, nastawię pranie i coś zjem. Figa. Wchodzi mi pod nogi, ciągnie mnie... przewraca się i siada na dupsku. Mam wyrzuty sumienia. Przytulam ją i próbuję uspokoić Drze mi się do ucha. Odkładam małego i przytulam małą. Uspokaja się, on za to się drze. Odstawiam ją na ziemię i biorę małego. Mała ciągnie mnie za rękę. Mam się z nią bawić. Mówię: "za chwilę" i czuję się jak chujowa matka. Poprawiam się: " chodź pomóż mi nastawić pranie". Normalnie by poszła i pomogła, ale już wiem jaka będzie reakcja: "NIE!!!". Płacz. Idę z małym w ręku, mała ciągnie mnie za nogawkę w drugą stronę, ja wlekę się pomału, żeby się nie przewróciła, do celu, który jest 2 m ode mnie, a jakby nieosiągalny. Kładę młodego na przewijak i szybko wrzucam rzeczy i proszek do prania. Punkt dla mnie!
Idziemy do kuchni. Młoda dalej krzyczy: "MAMO! MAMO!" i ciągnie mnie za nogawkę, młody na ręku. DOBRA! IDZIEMY SIĘ BAWIĆ!
"Chcesz żebym ci poczytała?" "NIE" "Co chcesz robić?" Pokazuje na telewizor."Przecież wiesz, że telewizor oglądasz tylko wieczorem." Płacz. Siadam zrezygnowana na kanapie, z młodym który zaczął jęczeć, bo przecież z nim trzeba chodzić. Zaraz ja zacznę płakać. Muszę wypić kawę, inaczej zwariuję. Daję małej polecenie, żeby sobie poszła. "Chujowa matka". Szukam czajnika. Ale syf! "Chujowa pani domu". Kawa! 5 min i można pić. To ogarnę kuchnię... jedną ręką? Może skoczek. Skoczek... uff nie płacze. Zaczynam sprzątać kuchnię. "Mamo! Mamo!"
"Słucham?" Ciągnie mnie za rękę i pokazuje przed siebie. Idę za nią. Pokazuje, że mam usiąść i się bawić. Zrezygnowana siadam. Kawa "pika" - jest gotowa. Próbuję zrozumieć zasady gry, ale bez skutku. Cokolwiek zrobię młoda płacze. Mały sapie. Idę po niego i w trójkę siedzimy na podłodze. Młoda widzi, że mam go na kolanach i zaczyna go spychać, żeby sama mogła tam usiąść. Tłumaczę. Robi smutna minę. "Chujowa matka". Robię jej miejsce i oboje na mnie siedzą. Mała jeszcze trochę się rozpycha, ale już jest lepiej. "Idziemy na spacer?". "Nie!" Idziemy - już i tak jesteśmy spóźnieni i niedługo będzie ciemno. Zapewne będę żałować tego wyjścia. Ubranie młodego idzie sprawnie, młoda znowu wariuje i ucieka. Ubrani. A nie, jeszcze buty. Złapałam, ubieram wrzask "nienienie" i pokazuje na letnie sandały. Na dworze 4 stopnie. "Nie". Ja zakładam jednego buta, ona wierzga i ściąga drugiego. W końcu mówię, jej że zostanie w domu. Myśli, ale stwierdza, że jednak pójdzie. Mały zasypia zanim jeszcze wyjdziemy. Mała cały czas mi ucieka i co chwilę przystaje przy jakimś płocie żeby popróbować czy tym razem może włożyć dłonie przez kraty do jakiegoś psa, kota lub kury. Wkurzona wkładam ją na siłę do wózka i przypinam pasami. Wrzask. Dostała butelkę - cisza. Uff. Idziemy szybkim krokiem kawałek, ale po chwili ja już nie mam siły. Byliśmy na dworze 10 minut. Myślę tylko o tym śniadaniu, którego chyba sobie nawet nie zrobiłam, ale przecież mam pełno śniadania młodej. No i zimną już dawno kawę. Małej przeciekł pampers. Teraz i tak już musimy wrócić do domu. Mały się budzi przy furtce. No to po spaniu. Przebieram małą, młody się drze leżąc jeszcze w wózku. No dobra. Zupa? Nie ma zupy, przecież nie zdążyłam ugotować. Robię małej bananowy koktajl z ciepłym mlekiem, miodem i jagodami. Trochę kalorii i witamin. Kładę ją na kanapie pod kocem i daję butelkę. Może zaśnie to zrobię obiad i ogarnę. Pije. Idę po małego. Rozbieram go i idę przebrać pampersa. Cały się obkupał. Myję go, przebieram, smaruję i zapieram ubrania i pokrowiec przewijaka. Piję zimną kawę w kilku łykach i karmię młodego. W trakcie karmienia połykam wyschnięte śniadanie młodej. Popijam wodą, bo trochę mi stanęło w gardle. Młoda rzuca butelkę na ziemię, a resztka koktajlu z jagodami rozbryzguje się po podłodze. Zajebiście! Młody dalej je, wstaję i rzucam na to chusteczkę, nogą wycieram i kopię chusteczkę pod stół. Jak skończę karmić to ją podniosę. Młoda idzie się bawić. Młoda wraca i zaczyna mnie ciągnąć. Młody akurat skończył jeść.
"Będziemy czytać bajkę" mówię. "Baja!" znów zaczyna pokazywać na telewizor. "Ćwir! Ćwir!" "Nie oglądamy bajek w dzień." Biorę książeczkę. Pucio. Normalnie bardzo ją lubi, ale dziś nie chce nawet na nią patrzeć. Zaczynam czytać małemu. Mała siada obok i coś tam słucha. ale po chwili zaczyna przewracać strony zanim zdążę przeczytać i bardzo się złości. Powinna już dawno spać. Mały ulał. W mleku jest wszystko. On, ja, kanapa. Dobrze, że książkę zdążyłam odłożyć. Idę do łazienki, kładę go na przewijaku, ściągam brudne ubrania najpierw sobie, później myję dłonie i rozbieram jego. Myję i ubieram go w czyste ubranie i idę po coś dla siebie. Gdy wracam jest znowu cały obrzygany. Rozbieram, myję, przebieram, myję ręce, ściągam pokrowiec przewijaka i wszystko szybko zapieram.
Idziemy do pokoju. Mała stoi i patrzy na misia. Oczy ma małe, widać, że ledwo je trzyma otwarte. "Połóż się i spróbuj zasnąć, jesteś bardzo zmęczona" mówię. Kładzie się, ja siadam koło niej. Śpiewam cały repertuar kołysanek, głaskam, przytulam. Co chwilę zamyka oczy jakby już miała zasnąć, po czym rozbudza się i zaczyna śmiać. Po półtorej godziny mam dość. Włączam jej bajkę. Karmię małego oglądając przygody maskonurów. On zasypia. Odkładam go do kołyski. Chwilę mi ręce odpoczną. Idę do łazienki przerzucić pranie do suszarki i nastawić drugie. Wkładam naczynia ze zlewu do zmywarki, oprócz teflonowego garnka po parówce i patelni po jajecznicy. Włączam zmywarkę. Sprzątam śniadanie z podłogi i krzesełka, zapieram plamy na ubraniach, sprzątam zabawki, książeczki, koce, poduszki i całą resztę syfu. Drugi punkt dla mnie. Patrzę na młodą. Ogląda bajki już z godzinę. "Chujowa matka". Nie byłam dziś z sklepie, więc nie będzie jutro szynki dla męża do kanapek. Może szybko skoczę, sklep jest po drugiej stronie ulicy. Za 5 min będę z powrotem. Yhy, a sąsiedzi zadzwonią po policję, albo młoda wetknie młodemu palec do oka. Trudno, nie będzie szynki, bo z nimi nie dam  rady pójść. "Chujowa żona". Nie zdążę z 3 praniami dziś. "Chujowa pani domu". "PIKPIK". Pranie suche. Rozkładam pranie. Idę pościelić łóżka dzieci. Młody się obudził. "PIKPIK". Pranie się wyprało. Wrzucam do suszarki i nastawiam 3 pranie. Może jakoś się uda! Położę młodego, poodkurzam szybko, umyję patelnie i przetrę blaty. Młody do skoczka. Płacze. Młody na koc. Płacze. Młody na ręce. Cisza. Siadam na kanapie. Ledwo żyję. Jest względny porządek. Dzieci są cicho. Dwa prania prawie skończone. Fuck! Jedzienie. Młoda powinna coś zjeść. Co mam do jedzenia? Nic. Telefon do mamy. "Hej! Masz coś na obiad? Nie? Ok, jasne."
Gotuję ryż. Podaję ryż z masłem. I tak sosu by nie zjadła. Mała zajada ryż... zjadła z pół porcji. Daję jej trochę jabłka. Zjadła.
Punkt dla mnie.
Wyciągam pranie z suszarki i układam. Młody w bujaku patrzy jak się pranie pierze. Biorę go ze sobą na górę i ścielę łóżko. Schodzimy. Fuck! Już tak późno. Kąpię w pośpiechu młodego, smaruję kremem, myję dziąsła, czeszę i ubieram w pidżamę. Daję jeść i kładę do łóżeczka. Nie chce spać. Pranie do suszarki. Młody się drze w bujaku, w tym czasie szybko myję i przebieram młodą. Robię jej mleko i kładę spać. Śpiewam kołysankę i prawie zasypia... Młody zaczyna się drzeć. Młoda się rozbudza. Daję mu cyca. Śpi.  Przytulam młodą i nucę kołysankę. Zasypia. Młody się budzi. Młody po 40 min zabawy w odkładanie i branie na ręce w końcu zasypia. Jest 1:00.
Schodzę na dół, padam na kanapę i patrzę w wyłączony telewizor. Dociera do mnie, że patrzę w wyłączony telewizor. Powinnam się wykąpać. Muszę chwilkę odpocząć. "PIKPIKPIK" Suszarka.
 Jebać ją. Zrobię to rano.
Biorę do ręki telefon i wchodzę na instagrama. Może jakieś śmieszne obrazki poprawią mi humor. Reklama, ptaki, ptaki, ptaki... przecież ja nawet nie lubię ptaków. O, 9gag i jakieś głupoty. Piosenka - oglądam jak ktoś śpiewa, bez dźwięku, bo nie chcę dzieci obudzić. Oh, how fun. Koleżanka w ciąży, druga na wakacjach w Hiszpanii z mężem, trzecia na koncercie, na którym chciałabym być. Zamykam instagram. Otwieram facebooka. "Pomóż i udostępnij", "Wyślij to 10 osobom, a...", reklama, dziecko z nowotworem, przemoc w 3 świecie, głód, wojna, polityczne przepychanki, smog w gminie...
Trzask!
O, mąż wrócił z pracy.
"Jak dzień?" "Chujowo, a twój?" "Dzisiaj programowaliśmy blablabla i był dzień owocowy, więc dali nam owoce i blablabla (...). Mam nadzieję, że mnie nie wyjebią..."
"Idę się kąpać."
W łazience na zlewie sterta zapranych ubrań. W suszarce suche pranie. W koszu na pranie masa prania. Jak to jest możliwe?! Odsuwam ubrania i myję zęby. Biorę prysznic i zastanawiam się czy myłam już zęby. Ubieram się w pidżamę i kładę się spać. Nie mogę zasnąć. Myślę o wojnie, nowotworach i liście rzeczy do zrobienia jutro. Mąż już śpi. Ja zasnę gdzieś za godzinę, jak już nakarmię młodego, który zdąży się obudzić głodny.

Oczywiście większość dni jest normalna, dzieci są grzeczne, dom posprzątany, zakupy zrobione, pranie się nie piętrzy i nawet zdążę zajrzeć na dwie-trzy godziny do książek. Ale cały czas czuję, że brakuje mi doby. Chciałabym więcej czasu poświęcić każdemu z dzieci, chciałabym więcej mieć czasu na naukę, chciałabym robić lepsze obiady i nie musieć prosić mamy o pomoc przy dzieciach - bo uczę się głównie jak są z nią lub śpią. Chciałabym mieć idealny, czysty dom i mieć czas dla męża.
Pocieszam się, że niedługo oba szkraby podrosną i będą bardziej samodzielne i mądre. Będzie im można wytłumaczyć różne rzeczy. Teraz jest najważniejszy czas by rozwinąć w nich odpowiednie nawyki i pomóc im rozwinąć mózg w konkretnych kierunkach. Słuchamy muzyki, uczymy się literek, cyferek, kolorów, tańczymy, śpiewamy, ćwiczymy równowagę, poznajemy nowe smaki, słuchamy innych języków. Mimo to czuję, że to nie wystarczy. Że powinnam więcej.

Matką być.

czwartek, 25 października 2018

kids are it


Being a parent is so much easier when you don't have any kids.

The hardest part of being a parent is keeping your cool and doing what you believe in.

Not enought patience. That's what's stoping most people from being great parents. How long can you look at someone trying to get a piece of pasta on the fork without trying to help them or yelling? How many times can you do that? How many times a day? Can you do it while the rest of the meal that you prepared is landing on the floor, chair, table and the little person eating. How many times can you watch them learn new everyday activities every minute of a day? 
Changing, brushing, washing, eating bread, eating pasta, eating carrot, eating every other thing, with spoon, fork, hand, cleaning, turning pages, building towers, hugging toys, putting on shoes, opening the door, not running into your legs and not doing other silly things they think are funny because they don't understand. How many times can you repeat to yourself they need time and practice just like you did. How many times can you show the same simple thing? How many times can you repeat the same sentence? There comes a point where you are just mentally and physically tired and you need a little break. You get it and then it's all great again. 
Old fashioned families where relatives live close to each other are the best for raising kids. You feel overwhelmed - there's always someone who can "take over the kids". Sometimes one hour alone in the store is all you need. You get your shopping done, your sanity back and other adult gets to spend some time with cute little baby that makes their day better (because babies in small ammounts make everything better)

I'm so glad I have my family to enjoy the kids everyonce in a while so I can keep my sanity. I respect all parents who live alone with their kids, do their best and keep sane for most of the time. I love my kids so very much, I will give everything I have to them but I would be in pieces if I was with them 24/7. 

I think it's not so much being with them as being for them. Listening, talking, showing, teaching, being responsible and alert, foresee the unforseen, in a way even in your sleep.

But even in the most broken moment of my day their smile and hug can fix everything.

20 lat z oceanem


Czasami do utworu mamy przypisane wspomnienie, osobę, miejsce, zapach. Niekiedy do artysty. Zdarza się, że do rodzaju muzyki.

|Frank Sinatra - Killing me softly

To chyba moja ulubiona wersja tej piosenki. Mogę z czystym sercem powiedzieć, że kojarzy mi się z nikim, niczym i nigdzie. Więc dlaczego tak melancholijnie na mnie działa? 
Próbuję od lat zrozumieć tekst, doszukuję się ukrytych znaczeń, zastanawiam się co artysta miał na myśli, co przeżywał. To najbardziej oczywiste wytłumaczenie zupełnie mi nie pasuje. Chciałabym wiedzieć, że jest tam ukryta wielka głębia. 
Dla mnie ten utwór jest jak ocean. Z zewnątrz spokojny i ogromny, pod powierzchnią dziki i dodatkowo głęboki. Powierzchnia wydaje się tylko olbrzymią kałużą, gdy nie zejdzie się pod taflę. 
We mnie wyzwala całą gamę różnych uczuć, jest ze mną od dobrych 20 lat (O MÓJ BUGU! JAK TO BRZMI! 20 LAT TO OGROM CZASU!) może to dlatego. Dużo razem przeszłyśmy. Kilka razy w roku do niej wracam i piłuję w kółko aż do zaśnięcia, zazwyczaj w nocy, gdy powinnam spać, ale nie mogę, bo mam wrażenie, że świat TU jest, a czas ucieka, więc ja też nie mogę spać, tylko muszę coś napisać, coś pomyśleć, coś stworzyć, coś przemyśleć i przelać, wylać, naciaprać. Tu i Teraz coś po sobie zostawić. Tak na wszelki wypadek. A nie spać. Spać można będzie jak się czas zatrzyma.

Pan dobry


Rozumiem fascynację wampirami. 
Wampiry są wieczne.
(Kto nie chciałby mieć wyboru kiedy umrzeć? Jeśli nie wierzy się w żadnego boga to nie ma wizji nieba i wiecznej duszy. Idziemy do piachu i koniec. Wampiry nie mają wiecznej duszy i dlatego są przeklęte. Czy ateiści są przeklęci? Czy ludzie są przeklęci?)
Złe czy dobre?
Czy zabijanie ludzi jest złe?
W naszym rozumieniu tak.
Czy zabijanie zwierząt jest złe?
W naszym rozumieniu tak.
Chyba, że wieprzowina, wołowina, itd.
Czyli jaka jest różnica?
Jeśli się to zje to jest ok?
Wampiry żywią się krwią.
To może chodzi o uczucia, o strach?
Zwierzęta też czują.
To może chodzi o inteligencję?
Są też inteligentne zwierzęta - ośmiornice, delfiny, psy...
Czy jeśli lew zabije człowieka to jest "zły"?
Nie rozumiem, dlaczego wampiry są złe.

Książę ciemności
Leci bezszelestnie
Czaruje ofiarę
Całuje we śnie 
Do szpiku zły
vs
Pan światła
Człapie przewracając drzewa
Ogłusza prądem,
Rżnie na jawie
Czysty jak łza

Wampirze, mój wampirze! 
Daj mi wiecznie "żyć w swoim mieszkaniu", bo "żyć w sercach moich rodaków" nie chcę. Ludzie wszystko przekręcają po latach. Nic nie jest wieczne, nawet historia.

zazwyczaj, czyli zawsze


Dla mnie zazwyczaj, czyli zawsze z bardzo nielicznymi wyjątkami, coś jest białe, czarne albo nieważne.

Co jest lepsze?
Piękne kłamstwo czy obrzydliwa prawda?

Tu jak dla mnie pojawia się ten wyjątek, bo odpowiem:

To zależy.

Są pytania z odpowiedziami tak trudnymi, że nie chcielibyśmy znać prawdy. 
Są sytuacje, gdy prawda nie przynosi korzyści, a wręcz krzywdę.
Są momenty, gdy prawda może być nie do zaakceptowania przez nasz umysł i wyparta.

Czasami potrzebujemy się przygotować na prawdę, czasami lepiej żebyśmy nigdy jej nie poznali, czasami kłamstwo jest nam potrzebne.

Jednak w innych sytuacjach jest zupełnie inaczej. 

Trudna prawda daje nam do myślenia, wyzwala nas, pomaga nam podjąć trudne decyzje, obronić się, zmienić coś na lepsze, wzmacnia nas, otwiera oczy.

Czasami okazuje się, że zarówno piękne kłamstwo jak i trudna prawda nas zupełnie nie interesują.

No i pozostaje jeszcze coś co nie jest ani jednym, ani drugim. 
Opinie.
Czyjeś opinie, nieważne czy akurat nas interesują czy nie, mogą być czyjąś prawdą, co nie oznacza, że my musimy się do nich w jakikolwiek sposób odnieść. Nasza prawda może być zupełnie inna.

Zawsze
Znika
W wieczności
Nigdy 
Stwarza
Możliwość

środa, 17 października 2018

We're happy, right!

We're happy, right!

/Michael Bublé - Everything


People are dying. People are raped. People wish they were dead. People are hurt by trusted ones. People are sick, in pain, tired, hopeless, hurt. Somewhere there but not here, right? It's other people's babies that have cancer and are gonna die in agony. It's other people's kids that have disorders, syndromes, problems. It's other people who couldn't protect their young. It's not gonna happen to our kids. It's other people who get sick, who die. We're gonna live long - happy lives that will not end yet. We have plenty of time. Tens of years. Easy! It's the other people who get shot, run over by busses, die on highways, fall of clifs, fall of the sky, drown, get tore apart, crashed, eaten, knifed, bitten, beaten, raped, smashed, dismembered by trains, starved to death, burned down, frozen, dried down, bombed...

I mean... it's those other people in the tv and articles. It's people on facebook, on instagram adds, in the emails, on youtube. It's just like the books and movies but annoying. And it's not here. We're happy, carless, immortal. Here, in our homes, works, cars... we're safe. We don't think about how easily we could just be gone. 

Everything tries to kill us. Our own species is trying to kill us. Our bodies try to kill us. We try to kill us.

But we're still here. Not thinking. It's cool. It's ok. It's nice.

So we sleep like babies and live happily.


wtorek, 24 lipca 2018

patrząc wstecz

//Clean Bandit - Solo feat. Demi Lovato


//AronChupa, Little Sis Nora - Rave in the Grave

//Camila Cabello - Havana ft. Young Thug

Przeczytałam dziś swoje notki do 2014 roku. Widzę swój emocjonalny roller coaster, ale znalazłam też sporo muzyki, na którą miałam mega fazy przez ten okres. Fajnie do niej wrócić.

Widzę też, że teraz jestem o wiele bardziej pogodna i o niebo lepiej nastawiona do życia. Zastanawiam się czy to dlatego, że mam dzieci i jestem spełniona, czy dlatego, że nie mam czasu na rozmyślanie o pierdołach. Zostawię tę kwestię nierozstrzygniętą na razie. To i tak chyba bez różnicy. Jest lepiej. Jest dobrze. Może być lepiej. Będzie wspaniale.

środa, 11 lipca 2018

Smarki


- Czemu płaczesz?

"Bo mnie boli. Wszystko mnie boli. Pocięty brzuch. Szwy. Siniaki po wkłuciach. Obkurczająca się macica. Więcej szwów.  Siniaki koło szwów. Kręgosłup. 
Cały mój brzuch jest jak jeden olbrzymi, napuchnięty siniak ze szwami. 
Myśl, że te szwy trzeba będzie zdjąć, a to do przyjemnych nie należy.
Fakt, że zamiast jednego szwu mam 4 - brzydka blizna i 4 pociągnięcia zamiast jednego.
Bo jestem zmęczona. Nie spałam od tygodnia. W szpitalu nie da się spać. Po zabiegu nie da się spać tym bardziej. Łóżko twarde, ciało obolałe, słabe i zmęczone. Nie mogłam się położyć na boku. Teraz w domu też nie mogę. Coś mnie ciągnie i boli. Spanie na wznak sprawia, że jeszcze bardziej boli mnie kręgosłup.
Bo będę miała kolejną brzydka bliznę, tym razem dłuższą i krzywą. Bo boję się, że znów zrobi się taka gruba i paskudna jak była ta poprzednia.
Bo mam rozstępy na brzuchu.
Bo ważę dużo więcej niż myślałam, że będę ważyć.
Bo mnie piersi bolą. Są ciężkie, twarde, pełne, a sutki wyssane i krwawiące.
Bo nie mogę robić tego co bym chciała,  np przytulić porządnie córki, iść z nią do zoo czy na plac zabaw. Nawet z krzesła nie mogę normalnie wstać, tylko jak jakiś stary astmatyk, dusząc się i sapiąc z bólu, próbując złapać oddech. Wstanie z łóżka to już w ogóle sport ekstremalny.
Bo czuję się zawiedziona.
Bo wiem, że się starasz mi pomóc, a ja zachowuję się jak wredna suka.
Bo muszę prosić o pomoc. Co chwilę.
Bo płacz powoduje kolejne fale bólu. Śmiech zresztą też. I każdy gwałtowny ruch. Bo boję się, że zrobi mi się przepuklina i że będę miała zrosty. Albo że coś poszło nie tak, ale wyjdzie dopiero za jakiś czas.
Bo nie mogę się wysmarkać, a na samą myśl o kichnięciu lub kaszlnięciu wpadam w panikę, żeby tylko nic nie pękło. "

- Bo nie mogę się wysmarkać.

poniedziałek, 28 maja 2018

Czerwona sukienka


Czasami coś jest jakby dla nas stworzone, ale wcale nie. Od początku wiemy, że "to" i "my" zupełnie nie mamy szans zgodnie zaistnieć,  ale brniemy w to, bo "może jednak będzie ok",  "może jednak się uda, jakimś cudem". 
Tak właśnie weszłam w posiadanie czerwonej sukienki. Zobaczyłam ją i nie wiedziałam, że ją chcę. Przymierzyłam i pasowała idealnie. Wszystko co miała pokazać, podkreślała, co ukryć, delikatnie chowała. Miała tylko jedną "malutką" wadę. Kolor. Ale jaka była wygodna! Tylko ten kolor. Miała taki ciekawy krój! No ale kolor... psuł cały efekt. W tej sukience, gdyby ją przefarbować na granat, wyglądałabym jak milion dolarów. W tym kolorze, jasno czerwonym, wyglądałam jak duch, jakaś taka wyblakła, jak ze złego fotomontażu. Jakby ktoś nie potrafił ustawić aparatu. Czułam się w niej rozmyta i blada. 
No ale gdyby była granatowa...
Kupiłam ją więc oczywiście. 
Gdyby była granatowa... mogłybyśmy podbić świat, ona i ja. Kroczyć dumnie budząc zachwyt i wyłapując spojrzenia. Mogłybyśmy razem przejść przez życie i zestarzeć się w bujanych fotelach. 
Jest jednak jaskrawo czerwona. Wisi więc w szafie i przypomina mi o tym jak bardzo granatowa nie jest i nigdy nie będzie. Myślałam żeby ją komuś oddać, komuś kto mógłby ją nosić. Komuś komu by pasowała. Z kim mogłaby podbić świat.
Ale... to MOJA sukienka. Głęboko w duszy liczę na to, że kiedyś się dla mnie zmieni... 

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Once upon a time I... forgot my tongue.


Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, za wielką wodą, aż za krawędzią świata (ostatnio świat znów jest płaskim dyskiem, jak wiadomo wszędzie dookoła naszego globu) do góry nogami żyła sobie spokojnie bliźniacza kopia każdego z nas. Jedyne co ją od nas różniło było zdrowe podejście do życia, nauki, postępu i oczywiście faktu, że wisieli do góry nogami, w specjalnych butach, żeby nie odpaść z dysku. Nie łatwo tak żyć poza krawędzią.

Po drugiej stronie dysku, ludzie wierzyli w to co jest, a nie w to czego nie ma. 
"Wierzyli" to złe słowo, bo wiara sama w sobie wymaga części niepewnej, nieodkrytej, tajemniczej, jednak zostawię je tutaj, bo u nas ostatnimi czasy można nie wierzyć w fakty, a być pewnym nieznanego. Ot wydawałoby się, że to my wisimy do góry nogami i nas trochę zmroczyło, ale może to jednak fakt, że cała krew z głowy odpływa do du... do innych części ciała. 

Po drugiej stronie dysku, żyją sobie spokojnie ludzie w dostatku i spokoju. Każdy szanuje siebie i innych, nie ma wojen, głodu, zawiści, przestępstwa ograniczają się do pojedynczych przypadków, ostro karanych, więc społeczeństwo cieszy się bezpieczeństwem, a kryminaliści tracą buty i odlatują w przestrzeń kosmiczną. Każdy wie co ma robić, każdy pracuje dla siebie i dla społeczeństwa. Jeśli ktoś jest inteligentny, idzie na uczelnię wyższą i kształci się w kierunku, który go interesuje, ale też w którym brakuje specjalistów, nie ma więc tysięcy psychologów pracujących w Maku. Jeśli czyjś umysł nie grzeszy bystrością, to zajmuje się czymś co jest w stanie zrobić, a nie pcha się na studia, "dla papieru". Nie ma tam tysięcy absolwentów uczelni wyższych, którzy nie potrafią napisać zdania bez błędu. Nie ma tam tysięcy magistrów i inżynierów na kasie w Biedrze. Są za to kafelkarze, mechanicy. budowlańcy, kasjerzy, magazynierzy, blacharze, ślusarze, kucharze z pasją. Są dziennikarze, którzy potrafią przeprowadzić kulturalny wywiad, którzy potrafią napisać artykuł przedstawiający fakty, nie opinie, są politycy, którzy biorą odpowiedzialność za swoje słowa, którzy potrafią powiedzieć: "Nie dam rady spełnić obietnic wyborczych, ale może komuś innemu się uda. Przepraszam wszystkich, którzy mi zaufali. Rezygnuję ze stanowiska.", są pielęgniarki i lekarze, wyspani i wypoczęci, są bezstronni specjaliści, którzy znają się na tym co mówią, są sędziowie niezawiśli, są sprawne urzędy z pomocnymi urzędnikami, są przepisy zrozumiałe, są zapaleni naukowcy i natchnieni artyści. Wszyscy ci ludzie żyją z zgodzie z naturą i ze sobą nawzajem. Kolor skóry, płeć, wiek, język nie mają znaczenia. Liczy się tylko zaangażowanie w społeczeństwo i szacunek. 

Całe zło naszej części dysku, bierze się z braku szacunku do samych siebie, do innych, do środowiska, w którym żyjemy. Mamy z jakiegoś powodu głęboko zakorzenione w nas poczucie, że jesteśmy lepsi, że nam się należy. Każdy pyta: "co społeczeństwo może mi dać?", zamiast: "co mogę zrobić dla społeczeństwa?". W każdym siedzi pycha: "jestem za dobry, żeby robić to i tamto, a szczególnie nie za tyle". Każdego rozpiera chciwość i pogoń za bogactwem. Każdy marzy o szybkim samochodzie, wielkim domu, dalekich podróżach, sługach, sławie i uwielbieniu. Dlaczego nie możemy skupić się na ludziach, którzy z nami są, na naszym otoczeniu, w którym żyjemy? Na spacerze możemy usłyszeć schowanego w szumiącej trawie bażanta, jeśli akurat nie rozmawiamy przez telefon i nie jesteśmy zamknięci w świecie marzeń materialnych. Możemy pogadać z obcym stojącym koło nas na przystanku o pogodzie, może to jedyna rozmowa tej osoby tego dnia?

Jednak nie, nie możemy. Musimy dalej pędzić, próbować złapać boga za nogi, wsadzić palucha kosmicie do nosa, odetchnąć zgnilizną pieniądza, polizać marmurowe stopnie do "Ja, moje, mi!" i wybić się ze sterty poległych, wyskoczyć ponad wszystkich, nawet jeśli krótko będzie nam dane tam pozostać, bo przecież będziemy tylko kolejnym stopniem dla następnych.

piątek, 31 marca 2017

3 miesiące

3 miesiące i 9 miesięcy to 12 miesięcy, czyli rok. Minął rok odkąd zaszłam w ciążę. 
12 miesięcy i zmiana o 180 stopni w moim życiu. 
Codziennie patrzę na te moje 3 miesiące szczęścia (ważące tyle co duży kot) i nie mogę uwierzyć ile radości takie maleństwo może sprawiać jednym uśmiechem.

A tak z innej beczki, dzisiaj znów natknęłam się na wielkiego, owłosionego pająka. Miał skubaniec z 6 cm i przebiegł jakieś 3 cm od mojej nogi. Mini zawał. Tym bardziej, że akurat karmiłam moje 3 miesiące. Poczytałam trochę i się okazało, że te małe potwory, które rozgościły się u nas w gnieździe na dobre, są jadowite. Zabić nie zabiją, ale jak ugryzą to podobno bardzo boli. Ostatnio Kmiś z ciągu jednej wycieczki do łazienki, zabił 4 mniejsze. Czyli pewnie się przez zimę rozmnożyły (w kokonie jest ich podobno ok 60 szt., więc jeszcze jakieś 56 szt. to go). W nocy skubańce są najbardziej aktywne, ale i w dzień niczego się nie boją. Dziś rozpoczynam oficjalną z nimi walkę. Posmarowałam połowę mieszkania sokiem z cytryny, ekstraktem z mięty pieprzowej, a jak to nie pomoże, to kupię kota albo dwa. Zobaczymy.


Z jednej strony chcę się pozbyć pająków i to szybko, z drugiej trochę mam nadzieję, że nie pomoże i kupimy koty. Wiem, wiem, niby nie mamy miejsca nawet dla domowników już tu mieszkających, ale kot... kot praktycznie nie zajmuje miejsca. Już w głowie mam plan gdzie leżałaby jego poducha, a gdzie postawiłabym kuwetę.
Jestem pojebana, wiem. Mam tę nieodpartą potrzebę zajmowania się mniejszymi ode mnie stworzeniami. Dziś śniło mi się, że miałam 3 duże akwaria, w nich pełno ryb i żabki, przygotowywałam terrarium dla czekającej już w pojemniku jaszczurki i planowałam jak urządzić wielką klatkę dla papugi. Nie muszę dodawać, że w tym śnie byłam mega szczęśliwa i podekscytowana.

środa, 25 stycznia 2017

Appreciation

Everyone wants to be appreciated and loved. Everyone wants to feel special for someone even if they think they are normal. Everyone needs someone to rely on. To amaze. To miss. To desire. 

It's that look on someone's face after long absence, it's the sparkle in their eyes, it's the smile, the hand touch, the unspoken words, the in between the lines, the sniff on the hair that almost goes unnoticed, the goosebumps, the butterflies, the feeling of the reward of getting someone special. 

It's like watching fireworks show in the rain, on the cold night, sitting under one umbrella, hugging for the first time under one blanket kind of feeling. It's the feeling of someone looking at you all dressed up, with their sparkling eyes, taking time to say how beautiful you are because they need a moment to ingest it. It's that hug after long separation that feels like it'll last forever but it's stopped way too soon because you need to know about the travel. It's the goodnights and good mornings. It's kisses on forehead and on hands. Is the protecting hug while sleeping. It's catching you when you slip. It's knowing what you love and listen to your dreams and nightmares. It's the little gifts, trying to make you smile, letting you know they think of you even when you're away. It's wanting what's best for each other even if it's not comfortable. It's caring even when you are very mad. 

Isn't this "just" love? 

niedziela, 22 stycznia 2017

Mały zwierzak

Ciąża pokazuje, że jesteśmy zwierzętami, poród to nam uświadamia, a karmienie piersią udowadnia. 
Sposób w jaki niemowlę upomina się o jedzenie sprawia, że nie tylko matka, nie tylko ojciec, ale każdy, zrobi wszystko byle tylko się zamknęło. 
Sposób w jaki 'rzuca się' na pierś i zasysa brodawkę nasuwa obraz młodego kociaka albo szczenię. 
Jednocześnie spojrzenie, z każdym dniem coraz bardziej myślące, nie pozwala oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z maleńkim, delikatnym człowieczkiem, jedynym w swoim rodzaju. 
Cały czas myślę, że to ode mnie w  dużej mierze zależy na kogo wyrośnie. To moja rola by nauczyć go świata, zasad tu panujących, by zaszczepić w nim miłość, by wykształcić moralność, by przygotować do samodzielnego życia, by wyposażyć w odpowiednie narzędzia...

Mój mały zwierz skończył właśnie 4 tygodnie. Ależ ten czas szybko leci.
W te 4 tyg przybrała ok 1 kg co stanowi 1/3 jej początkowej masy.
Codziennie jest inna.
Codziennie coraz bardziej świadomie patrzy.
Czekamy aż zacznie się 'świadomie uśmiechać'. To już chyba niedługo. 

czwartek, 22 grudnia 2016

Rozczarowanie

Najłatwiejszy sposób by uniknąć rozczarowania to obniżyć oczekiwania i wyzbyć się nadziei. Wtedy łatwiej cieszyć się z małych rzeczy, łatwiej być pozytywnie zaskoczonym. 
Umiesz liczyć? Licz na siebie. Z jednej strony nienawidzę prosić kogoś o pomoc w czymkolwiek, nienawidzę pokazywać słabości, z drugiej każdy z nas potrzebuje czasami trochę od drugiego człowieka. 

***

Wczoraj pojechaliśmy do Ikei. Kiedy już wydawałoby się, że nic więcej się nie zmieści okazało się, że postaramy się wcisnąć jeszcze wielgachny regał na książki. Czarno to widzę. 
Regał oczywiście jest super, przynajmniej ta część, którą Kmiś wczoraj dał radę skręcić, ale nie wiem czy nie sprawi, że się optycznie udusimy i fizycznie poobijamy wchodząc po schodach. Może dziś się okaże. 
Także ten. Jakby ktoś potrzebował jakieś kartony to znów mamy ich pełno. Gdzie to można wywalać w takich ilościach? Może otworzę sklep z kartonami xD.

***

Młoda miała czas wyjścia do wczoraj, przez chwilę nawet myślałam, że wyjdzie w Ikei xD Od dziś mam zakaz rodzenia aż do stycznia. Czyli znając życie... usiądziemy do wigilijnej kolacji, wulkan wybuchnie i na pasterkę się nie załapię. To by dopiero były święta xD

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Oskar i Pani Róża

Z tego co pamiętam kiedyś płakałam tylko na końcu. Dziś płakałam od pierwszej do ostatniej strony. A może źle pamiętam? 

***

Worthless. I feel worthless again. 
Znów coś nie poszło zgodnie z moim planem. Tym razem źle zmierzyłam ścianę i szafka mi nie chce wejść. A w końcu miało zacząć być prawie idealnie. Kilka cm dzieli mnie od planu. Gdyby tak trochę wygiąć ścianę... Teraz od nowa myślenie jak to zrobić żeby było znośnie... :/ 
Potrzebuję zmiany otoczenia. Na dłużej niż weekend. Chciałabym móc przez 5 min nie myśleć o kartonach, kurzu, przestrzeni, szafkach i tym gdzie wcisnę łóżeczko czy wózek. 
Potrzebuję się wyspać. Chociaż raz. 

środa, 14 grudnia 2016

Tykająca bomba...

...zamiast sex bomby.
To ja teraz. Nie wiadomo kiedy wybuchnę i jak. Trochę mnie to stresuje. 
Oprócz oczywistego: 'czy odejdą mi wody i gdzie akurat będę?' jest jeszcze masa innych pytań np. 'czy ktoś będzie mógł mnie akurat zawieźć do szpitala?', ' czy wszystko będzie wg planu?', 'czy bardzo będzie bolało i czy zniosę to dzielnie czy zrobię z siebie idiotkę?', 'czy będzie fajna ekipa położnych i lekarzy', 'czy mój mąż będzie w stanie dać mi trochę oparcia i komfortu, czy będę chciała go wyrzucić i zostać sama? ', 'czy czegoś nie zapomnę?', 'czy będą mnie musieli naciąć i czy dobrze się będzie goiło?', 'a może będę musiała mieć cesarkę last minute', 'czy poradzę sobie z karmieniem i ze wszystkim innym? Chodziłam na zajęcia w szkole rodzenia i przeczytałam co chciałam przeczytać- w teorii jestem obkuta, zakupy zrobione, ciuszki wyprane, wyprawka czeka. ', 'czy będę w domu na święta i czy będzie z nami młoda?', czy, czy, czy... 
Wczoraj w nocy miałam jakiś pojedynczy bolesny skurcz i wpadłam w panikę analizując siebie i swoje ciało. Później oczywiście przez kilka godzin nie spałam zastanawiając się jak i kiedy to będzie. 
Wkurza mnie ta niewiedza i niemożność zaplanowania wszystkiego dokładnie. 
Dziś byłam w kiosku kupić gazetę i sprzedawczyni 'profesjonalnym okiem' stwierdziła, że to już lada chwila, bo 'brzuch mam nisko'. Rozbawiło mnie to, nie powiem, zwłaszcza, że widziałam kobietę po raz pierwszy w życiu i właśnie wracałam od ginekologa i on nic takiego nie powiedział. 
No nic. Jak każdy muszę czekać cierpliwie, aż młoda da mi znać, że już jest gotowa przywitać się ze światem. 
|Michael Buble - Haven't Met You Yet

wtorek, 6 grudnia 2016

Brud

Książka, która sprawia. że cały świat staje się syfiastym burdelem na kółkach. Czy naprawdę nie ma porządnych ludzi? Czy autor tak widzi świat? Czy to towarzystwo w jakim się obraca, czy w pewnym wieku, facetom odwala, a kobiety idiocieją jeszcze bardziej?
Opisy książki są różne, dla mnie to książka o zdradach, o tym,  że każdy zdradza, że kobiety są słabe, a mężczyźni skurwiali i bez uczuć. 

Boję się takiego świata.